Archiwum

Posts Tagged ‘relacja’

Chudy Wawrzyniec 2013 – relacja 50+

Sierpień 13, 2013 20 Komentarzy

Od czego zacząć? Przecież to najważniejszy start w tym sezonie. Całe pół roku przygotowań.
Zacznijmy od najważniejszego: jakby nie patrzeć jestem ultramaratończykiem. Tak, przebiegłem 52 km po górach Beskidu Żywieckiego i czuje się z tym rewelacyjne.

Podziękowania

Zazwyczaj są na końcu, ale ja od nich zacznę. Przede wszystkim dziękuję mojej lepszej połowie za wyrozumiałość i znoszenie moich weekendowych wybiegań. Za to, że przystała na mój szaleńczy plan wyjazdu rodzinnego w góry. Za wsparcie i wiarę w to, że się uda. Dzięki skarbie 🙂

Wielkie podziękowania dla Tomasza Krawczyka, Kuby Wolskiego, Adama Folanda, Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, Krzysztofa Dołęgowskiego – czyli organizatorów Chudego Wawrzyńca z napieraj.pl Bardzo dobra robota. Stworzyliście świetne zawody,które mają swój klimat. Fakt pogody jaka była rok temu i teraz dodaje mistycyzmu tej imprezie. Mam nadzieje, że za rok także będzie mgła 🙂 Do organizacji praktycznie nie mam zastrzeżeń. Świetne oznaczenie trasy (miałem koszmary senne, że gdzieś tam się zgubiłem na trasie – nie było opcji, żeby źle pobiec). Dzięki dla wolontariuszy Pokojowego Patrolu, który zabezpieczali trasę biegu. To on stali przez kilkanaście godzin w miejscu i czekali na nas, biegaczy.

50 czy 80 – magia cyfr

Ostatecznie pobiegłem trasę 50+. Taki plan miałem od samego początku. Cały czas zaznaczałem, że nie wiem jaki cud musiałby się wydarzyć, aby na 44 km wybrać dłuższą trasę. Cudu nie było i poleciałem w lewo, W takcie biegu miałem myśli, że może jednak 80. Jednak pojawiające się zmęczenie i bóle szybko sprowadziły mnie na ziemię. Pozostaje lekki niedosyt, że to jednak na zawodach wybrałem, krótszą trasę. Jednak jak na górski debiut nie jest źle. Trasa nie była łatwa, warunki pogodowe także.
Znam swój organizm i wiem, że nie byłem przygotowany na 80km. Wybór tej trasy wiązałby się z dyskwalifikacją ze względu na przekroczenie limitu czasu lub kontuzji. Muszę pamiętać o tym, że jesienią jest jeszcze jedno biegowe wyzwanie – pobiec maraton dużo poniżej 4 godzin, więc zdrowie trzeba szanować.

Beskid Żywiecki

Zawody zostały jak rok temu, zorganizowane na szlakach Beskidu Żywieckiego. Start w Rajczy a meta w Ujsołach, gdzie wynajęliśmy górską chatkę nad strumykiem. Nocleg w Ujsołach szukaliśmy na kilka miesięcy przed zawodami i powiem Wam, że nie było łatwo znaleźć wolny domek w tym terminie.

Dlaczego Chudy Wawrzyniec – od Hudów Wawrzyńcowych. Lokalnego święta ludowego. Obchody Hudów były tydzień wcześniej, więc nas niestety ominęły ogniska i tańce, Ale w przyszłym roku będziemy i na Hudach i na Chudym.

Ostatnio byłem w górach wiele lat temu. Teraz przypomniałem sobie ten klimat. Kocham góry. Uwielbiam te szlaki, wzniesienia, górskie chatki, potoki, spokój, zapach drewna i wszechobecne szczyty i las. Beskid to także lokalne piekarnie i sklepiki na wioskach. Jak ja dawno nie jadłem tak dobrego pieczywa. Mieszkając na co dzień w Warszawie może człowiek zapomnieć jak smakuje bułka czy chleb z górskiej, miejscowej piekarni. Trzymając się aspektów kulinarnych nie mogę pominąć Gospody u Wandzi i Jędrusia w Milówce. Od wizyty tam pizza już nigdy nie będzie taka sama. Za 12 zł dostaliśmy kawał wielkiej domowej pizzy z duża ilością sera i wielkimi kawałkami mięsa. W życiu nie jadłem tak dobrej pizzy, za tak małe pieniądze. Do tego zamówione góralskie placki ziemniaczane ze śmietaną i boczkiem. Uczta dla podniebienia w niedziele po zawodach. A co, zasłużyłem sobie 🙂

Biała noc

Wrócimy jednak na start. A właściwie to na noc poprzedzającą start w zawodach. Do Ujsoł przyjechaliśmy w piątek w południe. Wysoka temperatura i duchota nie zapowiadały dobrych warunków. Prognozy pogody mówiły o deszczu i burzach. I stało się. Od wieczora do 2 w nocy szalała burza i padał intensywny deszcz. Takiej burzy nie pamiętam. Kierowniczka ośrodka w którym mieszkaliśmy potwierdziła, że takiej burzy bardzo dawno nie było. Pioruny, błyski – koszmar. Planowałem obudzić się o 3.00, żeby zdarzyć się ubrać i dojść pod szkole w Ujsołach na autobus, który miał nas zawieść do Rajczy, gdzie był start zawodów. Nie spałem za wiele. Byłem przerażony. Co jeśli taka burza będzie podczas zawodów. Przecież mogą je odwołać. Na szczęście o 3.00 przestało padać i grzmieć… Ubrałem się, sprawdziłem sprzęt i wyruszyłem. Wychodząc zobaczyłem, że strumyk zamienił się w rwący potok. Oj dużo było tam wody. „Będzie ciekawie” – pomyślałem.

Autobus zawiózł nas pod amfiteatr w Rajczy.

Zawody

3,2,1 start. O 4:35 ruszyliśmy.

zdjęcie(3)Start w Rajczy

Początkowe 6 km to spokojny bieg po asfalcie w tempie ok 6 min/km. Spokojnie, żeby się nie spalić na samym starcie. Pierwsza górka to Rachowiec, gdzie był zlokalizowany punkt kontrolny. W miarę spokojnie udało się przebiec ten fragment trasy. Ostatecznie zdecydowałem się nie brać kijków ze sobą. Nadal nie wiem czy to błąd czy nie. Wiem już, że w dalszej części trasy byłby przydatne. Podbiegi pokonywałem szybkim (początkowo) marszem a zbiegi możliwe szybkim zbieganiem. Na podejściu na drugi szczyt czyli Kikulę pojawił się problem. Mianowicie na podejściu zacząłem odczuwać ból dolnego odcinka kręgosłupa. Ból chyba był spowodowany moja pozycja podczas wbiegania i napięciem mięśni. Był to znak ostrzegawczy i sygnał: „Marcin – za mało stabilizacji. Za mało ćwiczeń„. Na szczęście na dalszej trasie ból minął ale początkowo było to niepokojące i przestraszyłem się. Zbiegi pokonywałem szybko. Nawet udało mi się wyprzedzać zawodników. Podbiegi to niestety było powolne wchodzenie. Noga za nogą. Kijkarze mieli przewagę na podbiegach i mnie wyprzedzili. A na zabiegach ja ich wyprzedzałem.

Na trasie spotkałem Pawła maratoniarz.pl Kawałek biegliśmy razem, pogadaliśmy. Na jednym z podejść jednak leciał za szybko i mi uciekli. Paweł z kolega biegł 80+, jak się potem okazało z sukcesem.

Po nocnej burzy w górach było sporo błota i wody. Całe szczęście póki co nie padało. Gdzieś w oddali było słychać grzmoty. Już po pierwszych kilometrach biegu w lesie, buty miałem całe mokre. Zaleta Cascadii to fakt, ze szybko schną i odprowadzają wodę, Także dało się biec. W plecaku miałem 1,5 litra wody i butelkę 0,5 izotonikiem. Co jakiś czas chwytałem rurkę i piłem wodę. W biegu wciągałem żel, potem zjadałem batona i leciałem dalej. Tak minąłem Kikule i wbiegałem na wysoką Wielka Raczę. W pewnym momencie, gdy chciałem napić się z rurki, zabulgotało w plecaku i okazało się, że nic nie leci. Wypiłem wszystko. Piłem dużo na trasie. Nie mam wody, a do punktu odżywiania na Przełęczy Przegibek jeszcze daleka droga. Byłem trochę w kropce. Na szczęście miałem jeszcze z 0,3 izotonika. Zacząłem oszczędzać płyn.

zzPołowa drogi za mną – schronisko na Wielkiej Raczy

Chwile później wdrapałem się na Wielką Raczę. Było tam schronisko PTTK. To był też półmetek mojej wyprawy. Jak się okazało w schronisku można było zakupić wodę, jedzenie i inne smakołyki. Na szczęście miałem ze sobą pieniądze i kupiłem sobie wodę niegazowana oraz gorąca herbatę. Dość długa kolejka w sklepiku i czas picia herbaty kosztował mnie około 20 minut. To była realna strata czasu. W przyszłym roku nie mogę tak zrobić. Nie miałem jednak wyjścia. Musiałem mieć wodę na dalsza drogę, gdyż do punktu żywieniowego było jeszcze prawie dwie godziny biegu. I tutaj moim zdaniem chyba jest jeden minus całej imprezy. Skoro jest taki charakterystyczny punkt jak schronisko, to tutaj także powinien być punkt odżywiania lub chociaż miejsce gdzie można uzupełnić wodę. Pomijam fakt, ze straciłem 9 zł na butelkę wody i herbatę, bo nie o to chodzi. Kluczem tutaj jest stracony czas. Z drugiej strony ten krótki odpoczynek pomógł mi napierać dalej.

1Gdzieś za Wielką Raczą

Z Wielkiej Raczy dość szybko zbiegałem w dół, wyprzedzając zawodników z kijkami. Czułem się w miarę dobrze. Nogi bolały, ale nie było tragicznie. Zbieg z Raczy to otwarta przestrzeń. Normalnie byłby widać piękny krajobraz. Tego dnia wszędzie było mgliście. Ale miało to swój ogromny urok. Było bardzo klimatyczne. Chatki wyłaniające się zza mgły,
inni biegacze do których dobiegałem. Mistyczne klimaty.

Dobiegłem do punktu żywieniowego. Tutaj starałem się nie tracić czasu. Szybko uzupełniłem wodę, izotonik, zjadłem drożdżówkę i dwa batoniki. Stół na schronisku na Przełęczy Przegibek był obficie zastawiony smakołykami. Ciasto, czekolada i inne pyszności.

Dystans i czas kontrolowałem zegarkiem Sunnto Ambit2, który jest rewelacyjny. Ma absolutnie wszystko a nawet więcej. Jednak za mało byłem z nim zaznajomiony i popełniłem błąd. Widząc, że poziom baterii spadł (jak się potem okazało i tak było jeszcze 50%) chciałem przełączyć w trakcie biegu tryb sportowy z biegania (odczyt gps co 1 sek) na tryb górski (odczyt co 60 sek i oszczędność baterii). Taka zmiana jest możliwa, jednak tak nawciskałem, że wyłączyłem obecny trening i nie mogłem go kontynuować 😦 Za dużo opcji 😉 Od tego momentu wiedziałem, że do mety jest jakieś 13-14 km i miałem to w pamięci. Zegarkiem uruchomiłem nowy trening.

Napierałem dalej. Ale było ciężko, coraz bardziej. Podbiegi to już mozolne wleczenie się krok za krokiem. Nie byłem w stanie zwiększyć tempa. Wyprzedzili mnie kijkarze.

Przed zawodami obawiałem się o swój żołądek. Wciągałem kolejne żele isostara, jadłem batony z Decathlonu oraz czekoladę z orzechami. Nic, wszystko było ok. Jestem dumny ze swojego żołądka 🙂 Tak wielu miało rożne przygody, że się tego obawiałem. Udało się bez sensacji. Ciekawostka to nawadnianie. Podczas zawodów wypiłem 3 litry wody i litr izotonika. Wszystko chyba wypociłem, bo na trasie tylko raz pod koniec dosłownie na chwilę zatrzymałem się za potrzebą.

Dobiegłem do rozwidlenia tras. W lewo 50+ w prawo 80+. Mogłem pobiec i tu i tu. Może przez ułamek sekundy się zawahałem. Zgodne z planem poleciałem w lewo. Ze zdwojoną siła, ponieważ wiedziałem, że to już tylko dycha została. Patrząc na tempa, to powinny być jakieś niecałe dwie godziny. Grzałem dalej. W dół zbiegałem ile sił, ile się da i jak szybko się da. Po kamieniach zwalniałem, aby jednak nie zaliczyć upadku, ale po pewnym podłożu leciałem ile sił. To był wspaniały moment. Wielkie zmęczenie, ale i wielka siła. Ogromny plus dla butów. Wgryzały się w podłoże i byłem w stanie utrzymać równowagę. Nawet na błocie nie ślizgałem się za bardzo. Maksymalnie mokre, całe w błocie dawały radę…

1376329534_3be86f1f1a97bf118b6bb2c75392a7e3Gdzieś miedzy Wielką Rycerzową a Muńcułem
Prawda, że jest pięknie?

Przede mną ostatnie wzniesienie. Piep@#$ Muńcuł. Prawda, że było tam pięknie? Już miałem dość wspinania. Nogi już nie dawały rady. Dlatego piep@#$%. Wiedziałem jednak, że za nim będzie spory zbieg i już będę w drodze na metę w Ujsołach. Na podejściu wyprzedziło mnie kilka osób. Po zdobyciu góry, zaczęło się ostre zbieganie w dół. To był ten moment kiedy poczułem kolejny wiatr w skrzydłach. Zacząłem szybko lecieć w dół. Nogi bolały, kolana prosiły o postój a ja leciałem w dół wyprzedzając kolejnych zawodników. „Lewa, prawa” – wolałem, aby zrobić trochę miesiąca na wąskiej ścieżce. Z mną było kilku takich co lecieli jeszcze szybciej, to ich puszczałem.

Lecę w dół. Widzę już domki w Ujsołach. Biegnę po wąskiej ścieżce, po której płynie woda. Błotniście, mokro i ślisko. No i stało się. Na kamieniu zanurzonym w wodzie źle postawiłem już zmęczoną nogę, zabrakło sił i zaliczyłem glebę uderzając kolanem w kamień. Pojawiła się krew i ból. Całe szczęście bardzo szybko się pozbierałem i z grymasem bólu poleciałem dalej. Adrenalina zadziałała.

Meta

Na mecie pojawiałem się z czasem 08:36:02. Tak ukończyłem swoje pierwsze zawody górskie. Zostałem ultramaratończykiem. Tego uczucia, które mnie ogarnęło na mecie nie da się opisać słowami. To trzeba przeżyć. Spełnienie, radość, satysfakcja – to za słabe słowa.

zdjęcie 1(1)mostek przed metą

zdjęcie 3meta 🙂

zdjęcie 4dekoracja

Kopia zdjęciez najwspanialszym małym kibicem, który wypatrywał taty na trasie

Videorelacja


Krótka videorelacja.

1376395891_3af6c283f6b55839d0f2fef72fff0c72Medal, numer startowy i opaska

Na mecie oprócz medalu i kaszy z mięsem czekało ma mnie pyszne piwo. Wielki plus dla organizatorów za to. Taka mała rzecz a tak ucieszyła. Do wyboru, albo bezalkoholowe, albo smakowe lub klasyczny Lech z puszki. Wybrałem to ostatnie, przelałem do kubka i wypiłem. Takie piwo smakuje inaczej. Sam czułem się inaczej. Szczęśliwy, spełniony. Zrealizowałem cel. Mega zadowolenie.

Sprzęt
– buty Brooks Cascadia 8. Jak napisałem wcześniej, spisały się bardzo dobrze. Bardzo dobre trzymanie na trasie poza jednym upadkiem na śliskim kamieniu. Żadnych bąbli, otarć i innych przykrości. To też na pewno zasługa smarowania stóp Sudocremem, no i oczywiście skarpet Compressport.

zdjęcie 5mokre i ubłocone Brooks Cascadia, które bardzo dobrze się spisały. Dzięki Wam moje towarzyszki

plecak spisał się na „5”. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Największe rozczarowanie to pasek Compressport, na którym możemy zamocować numer startowy oraz włożyć żele. Tak jak na płaskim terenie jest wszystko ok, tak podczas zbiegów pasek się poluźniał przez co cały czas się zsuwał. Musiałem go na nowo ściągać a on i tak podczas szybkich zbiegów zsuwał się. Podczas treningów nie biegałem w sumie górek z tym paskiem, także ten element powiedzmy nie został przez mnie dopracowany na 100%
– zegarek Sunnto Ambit2 to jest petarda jeśli chodzi o zegarki biegowe. Pocisk, który moim zdaniem zdeklasował Garmina. Ma wszystko i jeszcze więcej. Na trasie spisał się bardzo dobrze. Jedynie moje niedouczenie w opcjach i za mała znajomość zegarka spowodowała, że z zawodów mam trzy zapisy zamiast jednego 🙂 Na dniach przeczytacie bardziej obszerną recenzję tej maszynki do odliczania kilometrów.

Ścieżka

Tutaj możecie podejrzeć moje zmagania na trasie. Zapis pochodzi z zegarka Sunnto Ambit2. Wielkie dzięki dla Sunnto Polska za udostępnienie tego rewelacyjnego zegarka na czas zawodów.

http://www.movescount.com/moves/move16987539

http://www.movescount.com/moves/move16987581

http://www.movescount.com/moves/move16987586

Podsumowanie

Z pewnością wrócę za rok. Po to, aby zmierzyć się z trasą 80+. I nie na zasadzie ukończenia gdzieś w okolicach 14-15 godzin. Mam zamiar powalczyć na trasie. Z Chudego wyniosłem ogromne doświadczenie. Wiem jakie błędy popełniłem nad czym należy popracować. Mam rok. Przez ten rok zamierzam ostro popracować i w III edycji Chudego pościągać się już na poważnie. Tak, aby w tym górskim biegu było więcej biegania a mniej marszu.

zdjęcie 2(2) Do zobaczenia za rok

Reklamy

VII LOTTO Bieg Ursynowa 2013 – relacja

Czerwiec 16, 2013 5 Komentarzy

Najważniejszy start tego roku na dystansie 5 km. Bieg Ursynowa. Otwarte Mistrzostwa Polski w Biegu Ulicznym na 5 km. Bardzo dobra organizacja i szybka trasa. Czego chcieć więcej? Otóż wyniku drogi Panie…

zdjęcie

Miesiąc temu pobiegłem na „piątkę” w Biegu Konstytucji w czasie 22:42. Miałem w planie na Ursynowie poprawić wynik z zeszłego roku. Pobiec szybciej niż 21:50.
Zanim napiszę o samych zawodach, to najpierw kilka zdań o planie treningowym – którego nie ma. Generalnie trzymam się założeń z zeszłorocznego planu od Wojtka Staszewskiego, który przygotował mnie do Maratonu Warszawskiego. Nie ukrywam, że wprowadzam swoje modyfikacje głowie pod kątem sierpniowego Chudego Wawrzyńca (dłuższe wybiegania i więcej siły biegowej) – wiem, że truję na blogu z tymi zawodami ale musicie zrozumieć, że to jest mój cel na 2013 i całe bieganie jest właśnie  podporządkowane, aby ten cel dobrze zrealizować 🙂 Wiem także,  że dobre przygotowanie do Chudego zaowocuje w końcu złamaniem 4h w maratonie na jesień.

Kontynuując. Nie specjalnie trenowałem pod 5 km. Miałem nadzieję, że skoro mój staż biegowy jest większy niż 365 dni temu to wynik powinien przyjść sam. Niestety nie przyszedł. Nie zrobiłem życiówki. Wyrównałem ją. Pobiegłem dokładnie tak samo jak w zeszłym roku, co do sekundy. 21:50. Nie będę za bardzo rozpisywał się nad tymi zawodami, doskonale zorganizowanymi. W zawodach uczestniczyło wielu szybkich biegaczy,  łącznie z czołówką polskiego biegania: Arkadiusz Gardzielewski (14,04), Artur Kozłowski (14,13), Dominika Nowakowska (16,07), Agnieszka Mierzejewska (16,35); gość honorowy: Lidia Chojecka, a na stoisku jednego ze sponsorów szeregowa Iwona Lewandowska. Naprawdę super, że można się ścigać z takim zawodnikami. Świetna sprawa.

Start zaplanowany został na 12.00. Sobota, 25 stopni. Gorąco.  W takich warunkach ciężko o jakiś fenomenalny wynik. Nie można jednak zwalać wszystkiego na pogodę. Przecież inni biegli w takich samych warunkach a zrobili życiówki.

Ustawiłem Virtual Partnera w Garminie na 4:22, czyli na takie tempo, jakie miałem w zeszłym roku. 3,2,1 start. Przeszło półtora tysiąca biegaczy wystartowało. Biegnę szybko, jest dobrze. Mijam pierwszy kilometr. Wyprzedzam wolniejszych od siebie, choć ustawiłem się w dobrej strefie. Jak zwykle na zawodach są ludzie, którzy za nic mają zasady. Byle stać jak najbliżej startu,  co z tego, że biegnę ledwo: 5:30. Chwilę później mijam drugi kilometr. Nagle małe (właściwie to duże – nie spodziewałem się tego) zaskoczenie na drodze. Kilka metrów przede mną gwałtownie zatrzymuje się jeden zawodnik i zaczyna na środku trasy wiązać buta. Szok! Mi udaje się go wyminąć, ale kilku zawodników wpada wprost na niego. Padają niecenzuralne słowa. Nie dziwię się. Jak można tak nie mieć wyobraźni? Przecież logiczne jest, że za tobą biegną ludzie. Zbiegaj na lewą lub prawą stronę jak chcesz się zatrzymać. Nie można nagle z tempa 4:30 stanąć w miejscu. Nie na zawodach, gdzie biegnie spora ilość zawodników. Czasami na innych blogach pojawiają się porady dla początkujących (i nie tylko) biegaczy. Niektóre rady mogą wydawać się banalne. Życie pokazuje, że nie ma banalnych porad.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Biegnie się dobrze, ale zarazem robi się ciężko. W głowie myśl, że teraz szybko 3 km „bez historii” (bez myśli), potem powalczy się trochę na 4 km a dalej to już finisz. Virtual Partner pokazuje 30 sekund przewagi. Jestem na 3 km. Jest dobrze z czasem, nawet bardzo ale ze mną jest źle. Czuję, że zaczynam zwalniać. Po nawrocie na alei KEN, gdzie do mety zostaje jakieś 1,8 km, przewaga spada do 10 sekund. Często patrzę na Garmina. Za często. Zamiast skupić się na biegu i na walce, analizuje cyfry. Patrzę jak uciekają sekundy. Leszek miał dobrze, że nie zabrał zegarka ze sobą. Chyba dzięki temu pobiegł tak świetnie. Nie kalkulował, nie liczył, nie patrzył na czas. Po prostu biegł.

Z daleka widać budynek Urzędu Dzielnicy Ursynów. Tam jest meta. Jakieś 1,5 km. Długa prosta. Garmin pokazuje 5, a chwilę potem 0 przewagi. Dupa myślę. Nie będzie życiówki. Na chwilę próbuje uspokoić tempo i oddech. Biegnę na „0” z założeniem, że na koniec przyspieszę. Na 500 metrów przed metą staram się przyspieszyć. Przyspieszam. Wpadam na metę. Zegarek pokazuję chyba 21:53. Widocznie tylko na tyle było mnie stać tego dnia. Dostaję medal i wodę. Po chwili przychodzi SMS z wynikiem. 21:50. „Ku#;); mać” pomyślałem. Wyrównałem życiówkę. Na „piątkę” jestem tam,  gdzie byłem rok temu…

Kategorie:Zawody Tagi: , , ,

III Cross Półmaraton nad Pilicą – relacja, zdjęcia

Czerwiec 9, 2013 3 Komentarze

Pobudka o 6 rano. Przed nami godzina drogi z Warszawy, aby dojechać do Nowego Miasta nad Pilicą. W bagażniku sprzęt biegowy oraz kask i „lowelek” trzyletniego synka. Kiedy tata będzie biegał po lesie, synek musi mieć jakieś zajęcie. Jak się potem okazało większość czasu spędził na walce z robakami (muszki, komary i inne latające stworzenia).

Do biura zawodów dojechaliśmy kilka minut po 8.00. W pakiecie startowym numer, agrafki, bawełniana koszulka, talon na wyżywienie oraz dwie ulotki.  Przybrałem się, założyłem plecak, przypiąłem numer startowy i zacząłem się rozgrzewać. Wiedziałem, że czekają mnie trzy siedmiokilometrowe pętle po lesie. Czytając zeszłoroczną relację wiedziałem, że nie będzie łatwo. To dobrze. Taki crossowy bieg doskonale wpisuje się w plan moich przygotowań do Chudego Wawrzyńca. Z życiówką 1:46 na asfalcie, miałem w planie zmieścić sie spokojnie w dwóch godzinach. Jak się potem okazało, zabrakło pawie trzech minut.

zdjęcie 4

fot.: ZBIGNIEW MAJEWSKI

O 9.00 pojawiłem się na lini startu. Mała ilość biegaczy i kameralna atmosfera. Lubię takie biegi. 3,2,1 start…
Biegniemy ścieżką przez las. Trochę ziemi, trochę piachu. Znalazł się nawet dość ciekawy podbieg. Tempo na poziomie 5:10 – 5:15. Za szybko cholera. Początkowo, biegnąc w grupie, chciałem utrzymać tempo zamiast biec swoje. Nie wiedziałem jeszcze jaka zapłacę za to cenę. Biegło się fajnie. 3,4,5 kilometr. Trochę w cieniu, trochę w słońcu. Były nawet dość spore kałuże i błotniste fragmenty. Na pierwszych dwóch kilometrach miałem kłopot z plecakiem, ponieważ przez złą regulację latał na wszystkie strony. Jednak udało mi się w biegu go odpowiednio wyregulować. Ułożył się na palcach. Było już potem ok. Fajnie się pije z rurki 🙂 Kolejne kilometry a tempo nadal szybkie.

zdjęcie 5

fot.: ZBIGNIEW MAJEWSKI

Pierwsze kółko chyba w 37 minut. Po przebiegnięciu pierwszego okrążenia, widząc tętno i rosnącą temperaturę, wiedziałem, że dalej już będzie tylko walka. Zjadłem żel. 8, 9 km. Pomyślałem sobie, że nie lubię biegać pętli. Znowu ta sama górka, ten sam piach. To drzewo. Za mniej więcej pól godziny jeszcze raz będę tu biegł. To nie jest dobre dla psychiki. Wolę proste trasy. No cóż. W myśli chciałem, aby drugie kółko przeszło bez historii. Bez myśli. Tak szybko, żeby już wbiec na ostatnie, trzecie okrążenie. A pojawiły się myśli czy nie zakończyć na dwóch okrążeniach. Źle się biegło. No ale jest konkurs i trzeba go zakończyć. Przecież za dwa miesiące chce latać po górach przez wiele długich godzin. Muszę się trzymać. W głowie nadal myśli o czasie krótszym niż 2 godziny. Czas pierwszego kółka dawał nadzieje.  Podłączyłem się do zawodnika w czerwonej koszulce, chyba Kaljeni, z którym przebiegłem kilka kilometrów. W miarę równe tempo. Biegliśmy bez słowa. Raz on przede mną, a raz ja przed nim. Pod koniec (chyba to było wtedy) drugiego okrążenia niestety wysiadłem z tego dwuosobowego autobusu. Już brakowało sił. Wbiegłem na ostatnie okrążenie. Tempo spadło bardzo. Wiedziałem już że nie ma co myśleć o wyniki, tylko trzeba myśleć o tym żeby ukończyć w całości  nie zatrzymać się.

zdjęcie 1

Gorąco. Zapomniałem posmarować stopy kremem. Zacząłem odczuwać to ciepło w stopach. Tak, właśnie zaczęły się tworzyć bąble. Jak mogłem zapomnieć o posmarowaniu stóp. Co za głupek. Podłączyłem się do kolejnego zawodnika. Chłopaka w niebieskiej koszulce. Bieg wolno, ale ja także biegłem wolno. I z nim dobiegłem prawie do mety. Na 500 metrów przed finiszem, chcąc zakończyć to cierpienie, przyspieszyłem. Przed linią mety zobaczyłem biegającego w moja stronę Mateuszka oraz małżonkę robiącą zdjęcia. Chwyciłem młodego pod ramię i wbiegliśmy razem na metę. Dostałem medal. Bardzo ładny 🙂 Garmin Forerunner 610 pokazał dystans 21,3 km i czas 02:02:51. Średnie tętno 175 bpm najlepiej świadczy o tym ile czeka mnie pracy przez najbliższe dwa miesiące.

zdjęcie 3

Tak zakończył sie 3. Cross Półmaraton. Możliwe, że wrócę tutaj za rok, gdyż mam coś do udowodnienia. Zawody przegrałem na pierwszy okrążeniu. Gdybym pobiegł wolniej i mądrzej, wynik i moja forma byłaby znacznie lepsza. Jestem o tym przekonany. Wypaliłem się na samym początku.
Poza słabym wynikiem sportowym zawody dały mi dużo do myślenia. Kolejna bardzo ważna lekcja. Jaką strategię przyjąć przed biegiem górskim. Jak przynajmniej spróbować rozłożyć siły. Na co uważać i co najważniejsze, nie dać się ponieść fantazji w pierwszym etapie biegu.

Konkursu na razie nie zakończę, ponieważ nie ma jeszcze wyników na stronie organizatora. Może będą jutro… Jednocześnie dziękuję wszystkim, którzy typowali mój wynik w tych zawodach. Dziękuję tym, którzy we mnie wierzyli i w moje możliwości 🙂

Bieg Flagi 2013, XXIII Bieg Konstytucji 3 Maja – patriotycznie

Maj 3, 2013 Dodaj komentarz

Czuję w nogach ostatnie dwa dni. Długi majowy weekend powoli (niestety) dobiega końca. W tym czasie miałem przyjemność wziąć udział w dwóch biegach.  Dzień po dniu, więc nie było możliwości regeneracji. Dlatego starty te potraktowałem rekreacyjnie. Bez ciśnienia na zrobienie życiówek. Pierwszy to Bieg Flagi na dystansie 10 km, organizowany na terenie Warszawskiej Cytadeli. Dzień później odbył się Bieg Konstytucji 3 Maja, czyli prawie obowiązkowa pozycja majowego biegania w Warszawie.

Bieg Flagi

Małe, kameralne zawody organizowane przez Dzielnicę Żoliborz m. st. Warszawy. Trasa przebiegała przez tereny Warszawskiej Cytadeli i liczyła trzy pętle. Na terenie cytadeli zjawiliśmy się prawie całą rodzinką (bez córki) chwilę przed 14.00. Było sporo atrakcji dla rodzin a zwłaszcza dla malców. Między innymi bieg na 100 metrów. Mateuszek dzielnie pojawił się na linii startu. Po przebiegnięciu prostej trasy wraz z innymi dzieciakami, na miecie dostał medal. Drugi w swojej kolekcji. A ma dopiero niecałe trzy latka 🙂 Rośnie mały maratończyk 🙂

zdjęcie 2Mały zawodnik

Tutaj wielkie brawa dla organizatorów. W regulaminie i na stronie www Biegu Flagi, był zapis mówiący o tym, że dzieci na mecie dostaną słodycze. A tutaj taka niespodzianka i taki fajny medal. Brawo, miła niespodzianka. Mam tylko nadzieję, że medali wystarczyło dla wszystkich dzieciaków. Trochę ich tam biegło 🙂

Główny punkt programu, czyli start zawodników biegnących na 10 km został zaplanowany na 14:25. Bieg Flagi traktowałem w miarę rekreacyjne. Wiedziałem, że nie mam szans na złamanie 46 minut,  co jest moim rekordem życiowym.  Miałem w planie i na uwadze Bieg Konstytucji dzień później, więc nie chciałem się mocno napinać i napierać ostro do przodu.

Celem było ukończenie zawodów w czasie poniżej 50 minut. Udało się. Na mecie zjawiłem się z czasem 00:48:43, co dało mi 165 miejsce na 296 mężczyzn biorących udział w tych zawodach. Mieszana trasa, miejscami wąska i do tego kilka podbiegów. Nie były to warunki do robienie rekordów. Zawody pobiegłem w Brooks Cascadia 8. Buty te bardzo dobrze spisują się na zawodach, gdzie mamy mieszane podłoże i jest trochę mokro. Buty po raz kolejny zdały egzamin 🙂

Na mecie czekał na mnie bardzo ładny medal. Projekt i wykonanie pierwsza klasa.

zdjęcie 1Po lewej medal Mateuszka, po prawej medal taty 🙂

Zawody oceniam bardzo pozytywnie. Start, trasa, obsługa punktu odżywiania. Wszystko jak najbardziej ok. Jedynie na terenie parku było kilka starszych osób spacerujących po trasie biegu. Także zabezpieczenie mogłoby być trochę lepsze. Tak czy inaczej bardzo lubię takie małe zawody. Jest klimat. Czuć rodzinną atmosferę. Ludzie są także bardziej przyjaźni i pozytywnie nastawieni.

XXIII Bieg Konstytucji 3 Maja 

Bieg Konstytucji miał być sprawdzianem formy na „piątkę”. Chciałem zobaczyć, gdzie jestem przed zbliżającymi się głównymi,szybkimi zawodami – Biegiem Ursynowa – Otwarte Mistrzostwa Polski w biegu ulicznym na 5km. W zeszłym roku nabiegałem tam 21:50, co jest moją życiówką na 5 km. Trasa tam jest bardzo szybka, szeroka, bez wielu zakrętów. Inaczej było dzisiaj. Mokro, kałuże, kręto, dużo zawodników (podobno prawie 5 tys) i podbieg zaraz na pierwszym kilometrze. W takich warunkach ciężko o życiówkę. Tak więc czas, jaki uzyskałem jest dobrym prognostykiem przed czerwcowymi zawodami. A i poprawiłem się w stosunku do zeszłorocznego Biegu Konstytucji (23:05).

z13846663Q,XXIII-Bieg-Konstytucji-w-WarszawieFot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
Ja i moje różowe Nike Flyknit 🙂

Dzisiejsze zawody były wyjątkowe z jednego względu. Na linii startu pojawił się Pan Premier. Tak, Pan Donald Tusk pobiegł z nami w zawodach. Głowa naszego rządu wbiegła na metę z dobrym czasem 24:26. Niestety Pana Premiera nie spotkałem na trasie. Widziałem jednak kilku biegnących funkcjonariuszy BOR w charakterystycznych słuchawkach w uchu. Dobrze, że politycy oraz ludzie mediów promują bieganie. Dobrze, że Polska biega 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPrzed metą

 fiat-bkm13_01_sch_20130503_112713Na mecie

Przed startem ustawiłem się w sumie blisko czołówki. Tradycyjnie już przy takich masowych zawodach początek to bieg slalomem i wyprzedzanie wolnych biegaczy. Mała ciekawostka – zaraz po starcie zobaczyłem panią, która biegała z … psem na smyczy – wilczurem… nie komentuję tego. Pomimo znacznej straty na pierwszym kilometrze (4:59) udało mi się przyśpieszyć na ostatnim kilometrze (4:26) co zaowocowało dość dobrym czasem. Na metę wbiegłem z czasem 22:42 netto. W efekcie byłem 450 zawodnikiem na 2 568 w klasyfikacji OPEN. Pan Premier był 805 🙂 Na mecie dostałem kolejny w ostatnich dniach  medal z biało-czerwonymi akcentami. Zresztą bardzo ładny medal. WOSiR dba o wzornictwo i oryginalność medali. Tak trzymać.

zdjęcie 3

W ten sposób kończę biegowy długi weekend. Było bardzo patriotycznie. Dwa bardzo ładne medale. Biegi z flagami i symbolami narodowymi. Co do formy. Ogólnie nie jest źle. Mam 6 tygodni, żeby urwać więcej niż minute. Teraz moje treningi będą skoncentrowane na szybkości. Wygeneruję sobie plan w miCoach i będę się go mniej więcej trzymać. Oczywiście będę pamiętać także o weekendowych dłuuuugich wybieganiach. Chudy Wawrzyniec coraz bliżej…

III Bieg Na Szczyt Rondo 1 2013 – relacja

Marzec 9, 2013 9 Komentarzy

Pierwszy start w tym roku (poza biegiem Policz się z Cukrzycą).  Najpierw jednak parę zdań wprowadzenia. Bieganie po schodach. Bieg Na Szczyt posiada rangę Masters Race. Zawody należą do grona najważniejszych tego typu biegów na świecie. W tym roku mieliśmy trzecią edycje tej imprezy w Polsce. Towerrunning jest popularny głównie za oceanem w USA.  Jednak to my Polacy mamy lidera Towerrunning World Cup 2013 –  Piotra Łobodzińskiego.

Co roku Bieg Na Szczyt organizowany jest w wieżowcu zlokalizowanym pod adresem Rondo ONZ 1 w Warszawie, należącym do firmy MGPA.

rondo1fot: rondo1.pl

20130309-135140.jpg

Całość opłaty startowej jest przekazana Stowarzyszeniu „SOS Wioski Dziecięce”.

Zawodnicy do pokonania mieli 38 pięter. Numeracja mówi o 37 piętrach. Jest mały haczyk – jest piętro 5 i 5a – nie wiem dlaczego.

Całkowita wysokość budynku: 192 m
Liczba pięter do pokonania: 37
Przewyższenie: 142m
Liczba schodów do pokonania: 836
Liczba schodów na 1 półpiętrze: 12
Liczba nawrotów: 76

Ze względu na ilość zawodników i wąską klatkę schodowa start odbywał się seriami z kilkunastu sekundowymi przerwami pomiędzy zawodnikami.

Przed startem, w biurze zawodów, odebrałem pakiet startowy. Miła niespodzianka. Była to bardzo fajna koszulka techniczna Reebok’a – już wiem, że latem będę w niej biegać na treningach. Oczywiście nie zabrakło imiennego numeru startowego, agrafek oraz izotonika. O godzinie 10:35 startowała moja grupa. Podszedłem do linii startu i ruszyłem. Miałem plan, który zakładał początkowo wspinać się powoli, tak aby zostały siły na koniec. Do 14 pietra szło dobrze 🙂 Potem tętno było już wysokie, oddech ciężki i zacząłem zwalniać. Do 25 piętra jeszcze biegłem. Udało mi się nawet wyprzedzić dwie osoby.  Potem jednak musiałem już przejść do marszu. Wtedy dwie inne osoby wyprzedziły mnie lewą stroną schodów. Wyszedłem na „zero”.  W okolicach 33 piętra widząc, że zostało już niewiele spróbowałem przyspieszyć. Udało się.
Na metę wbiegłem z czasem 07:08 co dało mi 260 miejsce w klasyfikacji mężczyzn. Zapisanych było ponad 500 zawodników. Na mecie zameldowało się 380 osób Panów oraz 92 Panie.  Mój wynik słaby bo słaby, ale jest 🙂

20130309-134830.jpgJa, na Szczycie 🙂

Wielkie podziękowania dla Pokojowego Patrolu oraz strażaków, którzy dopingowali zawodników na półpiętrach
Było to bardzo pomocne. Dzięki!

Zawody oceniam bardzo pozytywnie. Doskonała odskocznia od codziennych treningów biegowych. Idąc na zawody zastanawiałem się trochę –  co ja tutaj robię. Po zawodach wiem, że w przyszłym roku wystartuje jeszcze raz. Pod warunkiem, że uda mi się zapisać (zapisy na zawody trwały kilkadziesiąt minut). Bieganie po schodach to fajny trening siłowy. Przyda się zwłaszcza przed maratonem i Chudym Wawrzyńcem.

To były najkrótsze zawody w jakich brałem udział 🙂
Na górze (mecie) większość zawodników miała kłopot z kaszlem. Śmiesznie to wyglądało kiedy prawie każdy pokaszliwał. Ja do teraz, jak wezmę głębszy oddech to chce mi się kasłać. Ciekawie kiedy przejdzie… jedno jest pewne – moje płuca wykonały dziś kawał pracy przez te 7 minut 🙂

Następny start – Półmaraton Warszawski.

34. Maraton Warszawski – relacja (Nie) bohater Narodowego

Październik 1, 2012 5 Komentarzy

(Nie) bohater Narodowego,  Stadion Klęski Narodowej (dobry tytuł zapożyczony z staszewskibiega.blox.pl)

Zacznijmy od pozytywów. Życiówka jest.  Dlatego, że trasa na Maratonie Mazury nie miała atestu i podobno była trochę krótsza. Więc jakiś tam sukces wczoraj odniosłem. Ale plan był inny. Znacznie inny.

Usprawiedliwię się chorobą. Na kilka dni przed startem zakończyłem walkę z przeziębieniem. Chyba gripexy i aspiryna pozostawiły osłabienie w organizmie. Ale od początku…

Start
Ustawiłem się grzecznie pod tabliczką 4:00 z założeniem, że będę się trzymać grupki a w drugiej połowię trochę im odjadę (tak na marginesie do 35 km plan działał)

Przez pierwsze kilka kilometrów przedzierałem się przez tłum biegaczy. Nie ma co. Przeszło siedem tysięcy startujących robi swoje. Pierwsza połówka zgodnie z planem. Tempo na poziomie  5:30 co jak chyba potem się okazało mogło być trochę za szybkie.

Sama trasa bardzo fajna.

Słowa uznania dla kibiców. Sporo ludzi pod Mostem Poniatowskiego, na Ursynowie grupa ludzi wzdłuż trasy. Fajnie 🙂 Ciekawie było w parku Natolin. Nie wiedziałem, że taki ładny park jest w Warszawie. Co prawda było bardzo wąsko i niebezpiecznie – na podbiegu jeden z zawodników miał jakiś wypadek i leżał na drodze – służby ratownicze szybko dotarły na miejsce ale przez chwilę było bardzo wąsko kiedy jechała karetka – mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało).

Wróćmy do mojej walki. W pewnym momencie wyprzedziłem „balonik” na 4:00. To był dobry znak. Czułem się dobrze. Czasami trochę bolały kolana ale ogólnie było dobrze. Woda, izotonik, banan. Korzystałem z punktów odżywiania.
Nie używałem żeli. Niektórzy dzięki temu odnieśli sukces. Inni odwrotnie. Ja nie chciałem ryzykować. Nie testowałem wcześniej.

Po przebiegnięciu 21 km starałem się trochę przyśpieszyć. Na 30 km miałem zapas ponad minuty. Nawet prawie dwóch. I to chyba przyczyniło się do porażki. Wiedziałem, że jak mam zapas to mogę zwolnić. A jak już zwolniłem to ciężko było przyśpieszyć.

Do 36 km było w miarę. I tutaj się skończyło. Skończyła się benzyna w moim pojeździe. Silnik przestał pracować. Auto stanęło. Było tak blisko, a zarazem daleko. W tempie 7:00 nie da się pobiec na założony wynik. I tak przegrałem walkę ze sobą. Zabrakło sił. Głowa w sumie chciała. Nogi i mięśnie już nie. Człapałem do 40 km. Potem zobaczyłem z daleka stadion i jakoś się zebrałem. Coś tam jeszcze pobiegłem, ale byłem „biegowym zombie” 🙂

Wbiegłem na stadion. Słyszałem wrzawę zgromadzonych kibiców. Naprawdę fajne uczucie. Tradycyjnie niesiony euforią szybko finiszowałem. Ukończyłem swój trzeci maraton. Na mecie zameldowałem się z czasem 04:04:38.
Wynik poniżej oczekiwań…

Zawody i organizację oceniam bardzo dobrze. Start na moście to strzał w dziesiątkę (na połówce start był w tym samym miejscu). Meta na Stadionie Narodowym – bajka. Kibice dopisali. Był doping, była atmosfera.  Trasa dobrze zabezpieczona, wystarczająca ilość punktów odżywczych. Na mecie pyszna pomidorowa 🙂 Jedyny mankament to zmyłka na starcie z „miejscem startu”. Balon był w innym miejscu, niż pomiar czasu co mogło zmylić w którym momencie rozpocząć pomiar czasu na zegarku.

Teraz tydzień z lekkim treningiem. W niedzielę Biegnij Warszawo w tempie chyba rekreacyjnym. Co dalej, zobaczymy… Na wiosnę chyba będziemy znowu próbować złamać 4:00 i to nawet o 15 – 20 minut. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Na pewno zebrałem kolejne doświadczenie i wiem, że na następny maraton będę jeszcze mądrzejszy.

Cyfry:

Wyniki nieoficjalne:
http://www.maratonwarszawski.com/files/34maratonwarszawski_2.pdf

Liczba zawodników zgłoszonych do startu w imprezie: 9236
Liczba nadanych numerów startowych: 7748
Liczba zawodników na starcie: 6913
Liczba zawodników, którzy ukończyli bieg w limicie czasowym: 6769
Liczba kobiet biorących udział w biegu: 745

Zdjęcia wkrótce.