Archiwum

Posts Tagged ‘Chudy Wawrzyniec 2013’

Chudy Wawrzyniec 2013 – relacja 50+

Sierpień 13, 2013 20 komentarzy

Od czego zacząć? Przecież to najważniejszy start w tym sezonie. Całe pół roku przygotowań.
Zacznijmy od najważniejszego: jakby nie patrzeć jestem ultramaratończykiem. Tak, przebiegłem 52 km po górach Beskidu Żywieckiego i czuje się z tym rewelacyjne.

Podziękowania

Zazwyczaj są na końcu, ale ja od nich zacznę. Przede wszystkim dziękuję mojej lepszej połowie za wyrozumiałość i znoszenie moich weekendowych wybiegań. Za to, że przystała na mój szaleńczy plan wyjazdu rodzinnego w góry. Za wsparcie i wiarę w to, że się uda. Dzięki skarbie 🙂

Wielkie podziękowania dla Tomasza Krawczyka, Kuby Wolskiego, Adama Folanda, Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, Krzysztofa Dołęgowskiego – czyli organizatorów Chudego Wawrzyńca z napieraj.pl Bardzo dobra robota. Stworzyliście świetne zawody,które mają swój klimat. Fakt pogody jaka była rok temu i teraz dodaje mistycyzmu tej imprezie. Mam nadzieje, że za rok także będzie mgła 🙂 Do organizacji praktycznie nie mam zastrzeżeń. Świetne oznaczenie trasy (miałem koszmary senne, że gdzieś tam się zgubiłem na trasie – nie było opcji, żeby źle pobiec). Dzięki dla wolontariuszy Pokojowego Patrolu, który zabezpieczali trasę biegu. To on stali przez kilkanaście godzin w miejscu i czekali na nas, biegaczy.

50 czy 80 – magia cyfr

Ostatecznie pobiegłem trasę 50+. Taki plan miałem od samego początku. Cały czas zaznaczałem, że nie wiem jaki cud musiałby się wydarzyć, aby na 44 km wybrać dłuższą trasę. Cudu nie było i poleciałem w lewo, W takcie biegu miałem myśli, że może jednak 80. Jednak pojawiające się zmęczenie i bóle szybko sprowadziły mnie na ziemię. Pozostaje lekki niedosyt, że to jednak na zawodach wybrałem, krótszą trasę. Jednak jak na górski debiut nie jest źle. Trasa nie była łatwa, warunki pogodowe także.
Znam swój organizm i wiem, że nie byłem przygotowany na 80km. Wybór tej trasy wiązałby się z dyskwalifikacją ze względu na przekroczenie limitu czasu lub kontuzji. Muszę pamiętać o tym, że jesienią jest jeszcze jedno biegowe wyzwanie – pobiec maraton dużo poniżej 4 godzin, więc zdrowie trzeba szanować.

Beskid Żywiecki

Zawody zostały jak rok temu, zorganizowane na szlakach Beskidu Żywieckiego. Start w Rajczy a meta w Ujsołach, gdzie wynajęliśmy górską chatkę nad strumykiem. Nocleg w Ujsołach szukaliśmy na kilka miesięcy przed zawodami i powiem Wam, że nie było łatwo znaleźć wolny domek w tym terminie.

Dlaczego Chudy Wawrzyniec – od Hudów Wawrzyńcowych. Lokalnego święta ludowego. Obchody Hudów były tydzień wcześniej, więc nas niestety ominęły ogniska i tańce, Ale w przyszłym roku będziemy i na Hudach i na Chudym.

Ostatnio byłem w górach wiele lat temu. Teraz przypomniałem sobie ten klimat. Kocham góry. Uwielbiam te szlaki, wzniesienia, górskie chatki, potoki, spokój, zapach drewna i wszechobecne szczyty i las. Beskid to także lokalne piekarnie i sklepiki na wioskach. Jak ja dawno nie jadłem tak dobrego pieczywa. Mieszkając na co dzień w Warszawie może człowiek zapomnieć jak smakuje bułka czy chleb z górskiej, miejscowej piekarni. Trzymając się aspektów kulinarnych nie mogę pominąć Gospody u Wandzi i Jędrusia w Milówce. Od wizyty tam pizza już nigdy nie będzie taka sama. Za 12 zł dostaliśmy kawał wielkiej domowej pizzy z duża ilością sera i wielkimi kawałkami mięsa. W życiu nie jadłem tak dobrej pizzy, za tak małe pieniądze. Do tego zamówione góralskie placki ziemniaczane ze śmietaną i boczkiem. Uczta dla podniebienia w niedziele po zawodach. A co, zasłużyłem sobie 🙂

Biała noc

Wrócimy jednak na start. A właściwie to na noc poprzedzającą start w zawodach. Do Ujsoł przyjechaliśmy w piątek w południe. Wysoka temperatura i duchota nie zapowiadały dobrych warunków. Prognozy pogody mówiły o deszczu i burzach. I stało się. Od wieczora do 2 w nocy szalała burza i padał intensywny deszcz. Takiej burzy nie pamiętam. Kierowniczka ośrodka w którym mieszkaliśmy potwierdziła, że takiej burzy bardzo dawno nie było. Pioruny, błyski – koszmar. Planowałem obudzić się o 3.00, żeby zdarzyć się ubrać i dojść pod szkole w Ujsołach na autobus, który miał nas zawieść do Rajczy, gdzie był start zawodów. Nie spałem za wiele. Byłem przerażony. Co jeśli taka burza będzie podczas zawodów. Przecież mogą je odwołać. Na szczęście o 3.00 przestało padać i grzmieć… Ubrałem się, sprawdziłem sprzęt i wyruszyłem. Wychodząc zobaczyłem, że strumyk zamienił się w rwący potok. Oj dużo było tam wody. „Będzie ciekawie” – pomyślałem.

Autobus zawiózł nas pod amfiteatr w Rajczy.

Zawody

3,2,1 start. O 4:35 ruszyliśmy.

zdjęcie(3)Start w Rajczy

Początkowe 6 km to spokojny bieg po asfalcie w tempie ok 6 min/km. Spokojnie, żeby się nie spalić na samym starcie. Pierwsza górka to Rachowiec, gdzie był zlokalizowany punkt kontrolny. W miarę spokojnie udało się przebiec ten fragment trasy. Ostatecznie zdecydowałem się nie brać kijków ze sobą. Nadal nie wiem czy to błąd czy nie. Wiem już, że w dalszej części trasy byłby przydatne. Podbiegi pokonywałem szybkim (początkowo) marszem a zbiegi możliwe szybkim zbieganiem. Na podejściu na drugi szczyt czyli Kikulę pojawił się problem. Mianowicie na podejściu zacząłem odczuwać ból dolnego odcinka kręgosłupa. Ból chyba był spowodowany moja pozycja podczas wbiegania i napięciem mięśni. Był to znak ostrzegawczy i sygnał: „Marcin – za mało stabilizacji. Za mało ćwiczeń„. Na szczęście na dalszej trasie ból minął ale początkowo było to niepokojące i przestraszyłem się. Zbiegi pokonywałem szybko. Nawet udało mi się wyprzedzać zawodników. Podbiegi to niestety było powolne wchodzenie. Noga za nogą. Kijkarze mieli przewagę na podbiegach i mnie wyprzedzili. A na zabiegach ja ich wyprzedzałem.

Na trasie spotkałem Pawła maratoniarz.pl Kawałek biegliśmy razem, pogadaliśmy. Na jednym z podejść jednak leciał za szybko i mi uciekli. Paweł z kolega biegł 80+, jak się potem okazało z sukcesem.

Po nocnej burzy w górach było sporo błota i wody. Całe szczęście póki co nie padało. Gdzieś w oddali było słychać grzmoty. Już po pierwszych kilometrach biegu w lesie, buty miałem całe mokre. Zaleta Cascadii to fakt, ze szybko schną i odprowadzają wodę, Także dało się biec. W plecaku miałem 1,5 litra wody i butelkę 0,5 izotonikiem. Co jakiś czas chwytałem rurkę i piłem wodę. W biegu wciągałem żel, potem zjadałem batona i leciałem dalej. Tak minąłem Kikule i wbiegałem na wysoką Wielka Raczę. W pewnym momencie, gdy chciałem napić się z rurki, zabulgotało w plecaku i okazało się, że nic nie leci. Wypiłem wszystko. Piłem dużo na trasie. Nie mam wody, a do punktu odżywiania na Przełęczy Przegibek jeszcze daleka droga. Byłem trochę w kropce. Na szczęście miałem jeszcze z 0,3 izotonika. Zacząłem oszczędzać płyn.

zzPołowa drogi za mną – schronisko na Wielkiej Raczy

Chwile później wdrapałem się na Wielką Raczę. Było tam schronisko PTTK. To był też półmetek mojej wyprawy. Jak się okazało w schronisku można było zakupić wodę, jedzenie i inne smakołyki. Na szczęście miałem ze sobą pieniądze i kupiłem sobie wodę niegazowana oraz gorąca herbatę. Dość długa kolejka w sklepiku i czas picia herbaty kosztował mnie około 20 minut. To była realna strata czasu. W przyszłym roku nie mogę tak zrobić. Nie miałem jednak wyjścia. Musiałem mieć wodę na dalsza drogę, gdyż do punktu żywieniowego było jeszcze prawie dwie godziny biegu. I tutaj moim zdaniem chyba jest jeden minus całej imprezy. Skoro jest taki charakterystyczny punkt jak schronisko, to tutaj także powinien być punkt odżywiania lub chociaż miejsce gdzie można uzupełnić wodę. Pomijam fakt, ze straciłem 9 zł na butelkę wody i herbatę, bo nie o to chodzi. Kluczem tutaj jest stracony czas. Z drugiej strony ten krótki odpoczynek pomógł mi napierać dalej.

1Gdzieś za Wielką Raczą

Z Wielkiej Raczy dość szybko zbiegałem w dół, wyprzedzając zawodników z kijkami. Czułem się w miarę dobrze. Nogi bolały, ale nie było tragicznie. Zbieg z Raczy to otwarta przestrzeń. Normalnie byłby widać piękny krajobraz. Tego dnia wszędzie było mgliście. Ale miało to swój ogromny urok. Było bardzo klimatyczne. Chatki wyłaniające się zza mgły,
inni biegacze do których dobiegałem. Mistyczne klimaty.

Dobiegłem do punktu żywieniowego. Tutaj starałem się nie tracić czasu. Szybko uzupełniłem wodę, izotonik, zjadłem drożdżówkę i dwa batoniki. Stół na schronisku na Przełęczy Przegibek był obficie zastawiony smakołykami. Ciasto, czekolada i inne pyszności.

Dystans i czas kontrolowałem zegarkiem Sunnto Ambit2, który jest rewelacyjny. Ma absolutnie wszystko a nawet więcej. Jednak za mało byłem z nim zaznajomiony i popełniłem błąd. Widząc, że poziom baterii spadł (jak się potem okazało i tak było jeszcze 50%) chciałem przełączyć w trakcie biegu tryb sportowy z biegania (odczyt gps co 1 sek) na tryb górski (odczyt co 60 sek i oszczędność baterii). Taka zmiana jest możliwa, jednak tak nawciskałem, że wyłączyłem obecny trening i nie mogłem go kontynuować 😦 Za dużo opcji 😉 Od tego momentu wiedziałem, że do mety jest jakieś 13-14 km i miałem to w pamięci. Zegarkiem uruchomiłem nowy trening.

Napierałem dalej. Ale było ciężko, coraz bardziej. Podbiegi to już mozolne wleczenie się krok za krokiem. Nie byłem w stanie zwiększyć tempa. Wyprzedzili mnie kijkarze.

Przed zawodami obawiałem się o swój żołądek. Wciągałem kolejne żele isostara, jadłem batony z Decathlonu oraz czekoladę z orzechami. Nic, wszystko było ok. Jestem dumny ze swojego żołądka 🙂 Tak wielu miało rożne przygody, że się tego obawiałem. Udało się bez sensacji. Ciekawostka to nawadnianie. Podczas zawodów wypiłem 3 litry wody i litr izotonika. Wszystko chyba wypociłem, bo na trasie tylko raz pod koniec dosłownie na chwilę zatrzymałem się za potrzebą.

Dobiegłem do rozwidlenia tras. W lewo 50+ w prawo 80+. Mogłem pobiec i tu i tu. Może przez ułamek sekundy się zawahałem. Zgodne z planem poleciałem w lewo. Ze zdwojoną siła, ponieważ wiedziałem, że to już tylko dycha została. Patrząc na tempa, to powinny być jakieś niecałe dwie godziny. Grzałem dalej. W dół zbiegałem ile sił, ile się da i jak szybko się da. Po kamieniach zwalniałem, aby jednak nie zaliczyć upadku, ale po pewnym podłożu leciałem ile sił. To był wspaniały moment. Wielkie zmęczenie, ale i wielka siła. Ogromny plus dla butów. Wgryzały się w podłoże i byłem w stanie utrzymać równowagę. Nawet na błocie nie ślizgałem się za bardzo. Maksymalnie mokre, całe w błocie dawały radę…

1376329534_3be86f1f1a97bf118b6bb2c75392a7e3Gdzieś miedzy Wielką Rycerzową a Muńcułem
Prawda, że jest pięknie?

Przede mną ostatnie wzniesienie. Piep@#$ Muńcuł. Prawda, że było tam pięknie? Już miałem dość wspinania. Nogi już nie dawały rady. Dlatego piep@#$%. Wiedziałem jednak, że za nim będzie spory zbieg i już będę w drodze na metę w Ujsołach. Na podejściu wyprzedziło mnie kilka osób. Po zdobyciu góry, zaczęło się ostre zbieganie w dół. To był ten moment kiedy poczułem kolejny wiatr w skrzydłach. Zacząłem szybko lecieć w dół. Nogi bolały, kolana prosiły o postój a ja leciałem w dół wyprzedzając kolejnych zawodników. „Lewa, prawa” – wolałem, aby zrobić trochę miesiąca na wąskiej ścieżce. Z mną było kilku takich co lecieli jeszcze szybciej, to ich puszczałem.

Lecę w dół. Widzę już domki w Ujsołach. Biegnę po wąskiej ścieżce, po której płynie woda. Błotniście, mokro i ślisko. No i stało się. Na kamieniu zanurzonym w wodzie źle postawiłem już zmęczoną nogę, zabrakło sił i zaliczyłem glebę uderzając kolanem w kamień. Pojawiła się krew i ból. Całe szczęście bardzo szybko się pozbierałem i z grymasem bólu poleciałem dalej. Adrenalina zadziałała.

Meta

Na mecie pojawiałem się z czasem 08:36:02. Tak ukończyłem swoje pierwsze zawody górskie. Zostałem ultramaratończykiem. Tego uczucia, które mnie ogarnęło na mecie nie da się opisać słowami. To trzeba przeżyć. Spełnienie, radość, satysfakcja – to za słabe słowa.

zdjęcie 1(1)mostek przed metą

zdjęcie 3meta 🙂

zdjęcie 4dekoracja

Kopia zdjęciez najwspanialszym małym kibicem, który wypatrywał taty na trasie

Videorelacja


Krótka videorelacja.

1376395891_3af6c283f6b55839d0f2fef72fff0c72Medal, numer startowy i opaska

Na mecie oprócz medalu i kaszy z mięsem czekało ma mnie pyszne piwo. Wielki plus dla organizatorów za to. Taka mała rzecz a tak ucieszyła. Do wyboru, albo bezalkoholowe, albo smakowe lub klasyczny Lech z puszki. Wybrałem to ostatnie, przelałem do kubka i wypiłem. Takie piwo smakuje inaczej. Sam czułem się inaczej. Szczęśliwy, spełniony. Zrealizowałem cel. Mega zadowolenie.

Sprzęt
– buty Brooks Cascadia 8. Jak napisałem wcześniej, spisały się bardzo dobrze. Bardzo dobre trzymanie na trasie poza jednym upadkiem na śliskim kamieniu. Żadnych bąbli, otarć i innych przykrości. To też na pewno zasługa smarowania stóp Sudocremem, no i oczywiście skarpet Compressport.

zdjęcie 5mokre i ubłocone Brooks Cascadia, które bardzo dobrze się spisały. Dzięki Wam moje towarzyszki

plecak spisał się na „5”. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Największe rozczarowanie to pasek Compressport, na którym możemy zamocować numer startowy oraz włożyć żele. Tak jak na płaskim terenie jest wszystko ok, tak podczas zbiegów pasek się poluźniał przez co cały czas się zsuwał. Musiałem go na nowo ściągać a on i tak podczas szybkich zbiegów zsuwał się. Podczas treningów nie biegałem w sumie górek z tym paskiem, także ten element powiedzmy nie został przez mnie dopracowany na 100%
– zegarek Sunnto Ambit2 to jest petarda jeśli chodzi o zegarki biegowe. Pocisk, który moim zdaniem zdeklasował Garmina. Ma wszystko i jeszcze więcej. Na trasie spisał się bardzo dobrze. Jedynie moje niedouczenie w opcjach i za mała znajomość zegarka spowodowała, że z zawodów mam trzy zapisy zamiast jednego 🙂 Na dniach przeczytacie bardziej obszerną recenzję tej maszynki do odliczania kilometrów.

Ścieżka

Tutaj możecie podejrzeć moje zmagania na trasie. Zapis pochodzi z zegarka Sunnto Ambit2. Wielkie dzięki dla Sunnto Polska za udostępnienie tego rewelacyjnego zegarka na czas zawodów.

http://www.movescount.com/moves/move16987539

http://www.movescount.com/moves/move16987581

http://www.movescount.com/moves/move16987586

Podsumowanie

Z pewnością wrócę za rok. Po to, aby zmierzyć się z trasą 80+. I nie na zasadzie ukończenia gdzieś w okolicach 14-15 godzin. Mam zamiar powalczyć na trasie. Z Chudego wyniosłem ogromne doświadczenie. Wiem jakie błędy popełniłem nad czym należy popracować. Mam rok. Przez ten rok zamierzam ostro popracować i w III edycji Chudego pościągać się już na poważnie. Tak, aby w tym górskim biegu było więcej biegania a mniej marszu.

zdjęcie 2(2) Do zobaczenia za rok

Chudy Wawrzyniec – cz.1 – wstęp

Styczeń 11, 2013 8 komentarzy

Misja rozpoczęta. Teraz, przez pół roku będę Was męczyć informacjami na temat moich przygotowań do tego biegu. Jak już wiecie zapisałem się do Chudego Wawrzyńca. Chudy Wawrzyniec to bieg ultra w terenie górskim na dystansie ok 50 km i ok 80 km. Ja myślę o 50 km. Start: 4:30 nad ranem, limit czasu: 15 godzin 30 minut

profil_80

80-kilometrowa trasa prowadzi z Rajczy do Zwardonia, a później czerwonym i niebieskim szlakiem po granicznych grzbietach przez Wielką Raczę, Przegibek, Wielką Rycerzową, Oszust, Przełęcz Glinka, Krawców Wierch do Trzech Kopców, dalej żółtym szlakiem przez Halę Lipowską, Zapolankę do Ujsół. Uzbierało się na niej ponad 3000 metrów podejść i podbiegów. W większości prowadzi wśród lasów i po łąkach, teren wznosi się czasem tak stromo, że nawet najtwardsi będą musieli podpierać się nosem, innym razem – opada gwałtownie dając szansę na pokazanie swoich możliwości zagorzałym „downhillowcom”. Wąskie i kręte, graniczne ścieżki nie pozwalają się nudzić.

Dla tych, którzy będą chcieli zmierzyć się z biegiem ultra, ale w trochę krótszej wersji – czy to ścigając się na śmierć i życie o glorię i chwałę czy próbując swoich sił po raz pierwszy – przewidzieliśmy możliwość wyboru trasy 50 km przy Wielkiej Rycerzowej.  Stąd zielonym szlakiem będziemy biec przez Muńcuł do Ujsół. Na metę.

profil_50

Film kshysiekkshysiek z Chudego Wawrzyńca 2012

Pamiętam jak w zeszłym roku pojawiły się pierwsze informacje o nowym biegu górskim, o Chudym Wawrzyńcu. Chyba było to w serwisie bieganie.pl . Fajna nazwa, która się wywodzi z lokalnego święta. Hudy Wawrzyniec, to postać nawiązująca do Wawrzyńcowych Hud. Hudy to wielkie ogniska palące się w Ujsołach na cześć Św. Wawrzyńca na tydzień przed biegiem. Palenie ogniska, zgodnie z tradycją miało na celu przepędzić zarazę. Takie święto pogańsko-ludowo-religijne.

481768_316244065157009_1504872252_n    Zdjęcie z Chudego Wawrzyńca na okładce grudniowego Biegania.

Pamiętam jak Paweł pisał relacje z Biegu Rzeźnika. Pomyślałem wtedy: „może za rok, może za dwa ja też spróbuję”. Kilka dni temu w sumie przypadkiem natrafiłem na info o uruchomieniu zapisów na „chudego”. Zapisałem się. Dostałem maila z potwierdzeniem: „Dzięki – zgłosiłeś się.” Jaka konkretna informacja – już lubię organizatorów 🙂 Zawody te wydają się być dobre dla debiutanta. Jest możliwość przebiegnięcia krótszej, 50 km trasy. Ale czy bieg górski na 50 km może być dobry dla debiutanta? Wiem, że będzie bolało. Wiem, że będą to trudne zawody. Wiem także co czeka na mnie na mecie. Dla tego uczucia warto biec przez parę godzin w górach.


Ostatnie kilometry trasy 50+ video: SZYMON WOLEK

Teraz zaczynam okres przygotowawczy. Zarówno pod względem treningowym jak i organizacyjnym. Póki co szykuje się normalnie do wiosennego maratonu. Zwiększę jedynie ilość treningów z podbiegami i je wydłużę. Dołożę także ćwiczenia ogólne w domu lub na siłowni. Teraz muszę to zrobić. Pompki, brzuszki, przysiady i ćwiczenia z piłka. Sumienne rozciąganie. Jak to się łatwo pisze. Zobaczy jak będzie z wykonaniem. Wiem, że każdy kryzys na trasie jest konsekwencja złego treningu. Będę się przykładał do każdego treningu. Teraz podbieg na Agrykoli będzie moim przyjacielem. Górka Szczęśliwicka będzie miejscem cotygodniowej zabawy – w górę, w dól – w górę, w dół…

imagesZacznę także od przeczytania książki która parę miesięcy temu dostałem od Wydawnictwa Galaktyka. Książka „Jedz i biegaj” o Scott’cie Jurek. Jestem już (dopiero) na piędziesiątej stronie. Cieszę się ponieważ książka wciąga. Dobrze się czyta. To ważne. Książka jest wiadomo o kim. O najlepszym ultramaratończyku – Scott Jurek. Może dowiem się czegoś ciekawego. Może zapamiętam jakiś fragment, o którym sobie przypomnę będąc na trasie. Może doda mi sił w krytycznym momencie…

Przez najbliższe miesiące będę zastanawiać się nad sprzętem. Jakie buty, ubranie, czy brać kijki czy nie. Co i ile zabrać w plecaku. Będę czytać relacje i poradniki na ten temat. Będę pytać i szukać. Oczywiście będę się dzielić na bieżąco swoimi przemyśleniami. Liczę na Wasze komentarze i rady.

Udało mi się wstępnie przekonać ukochaną żonę na wyjazd. Co prawda jeszcze daleka droga do pełnej akceptacji ale krok do przodu jest 🙂 Muszę teraz tylko w okolicach Żywca znaleźć jakieś atrakcje turystyczne typu zamek lub klasztor. To ma być jedna z atrakcji dla naszego synka, który będzie miał w tym czasie trzy latka. Uwielbia rycerzy i tego typu klimaty. Przez jeden dzień będę niedyspozycyjny,  także muszę zorganizować czas mojej rodzinie. Będzie fajnie 🙂

Jutro pierwszy start w tym roku. Ale nie na czas. Policzę się z cukrzycą w ramach biegu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trasa to niecałe 5 km. Pobiegnę sobie spokojnie…

Sezon 2013

Styczeń 10, 2013 4 komentarze

Przyszedł czas na ujawnienie biegowych planów na ten rok. Wcześniej jednak muszę krótko rozliczyć się z zeszłym rokiem. Tak więc w 2012 roku nabiegałem prawie 1 400 km.

1357832082_0e64073e67cfa9b0f6d035f99e659964

Wynik w sumie dobry. To jeszcze raz tyle co w 2011. W zeszłym roku poprawiłem swoje wyniki na wszystkich dystansach. Najbardziej jestem zadowolony z wyniku na 5 km podczas Biegu Ursynowa: 00:21:50. Fajny wynik też udało się uzyskać na 10 km w Biegnij Warszawo 00:46:00. W zeszłym roku pobiegłem dwa maratony. I tutaj jest mały niedosyt. Chciałem złamać 4 godziny. Trochę zabrakło. Na Mazurach było 04:04:43 a w Maratonie Warszawskim 04:04:38. W stosunku do 2011 poprawiłem się o pól godziny 🙂

Mój kuferek z medalami wzbogacił się o 9 krążków 🙂 Generalnie poprzedni sezon uważam za udany.

W roku obecnym mam zamiar znacznie zwiększyć kilometraż. Planuję wziąć udział w kilku półmaratonach i maratonach. Wykrystalizował się także główny cel na ten sezon.

Jeśli chodzi o najważniejsze biegi w tym roku to mój kalendarz na 2013 wygląda następująco:

2013.03.24 – Półmaraton Warszawski
2013.04.14 – Łódź Maraton Dbam o Zdrowie
2013.04 – Kraków Maraton

2013.06.22 – Maraton Mazury


2013.08.11 – Chudy Wawrzyniec 50 km*

2013.09.11 – Tarczyn Półmaraton – data do potwierdzenia
2013.09.29 – Maraton Warszawski – lub Poznań – 13.10

Do tego oczywiście biegi na krótszych dystansach, czyli 5 km i 10 km.
Plany ambitne. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

* Chudy Wawrzyniecto główny bieg tego sezonu. Przemyślałem sprawę i zapisałem się na bieg ultra. Uważam, że jestem w stanie ukończyć te zawody w wersji krótszej – czyli 50 km. Ukończyć – taki jest cel dla tego biegu.

004

Chudy Wawrzyniec to terenowy biegu ultra na dystansie 80 km i 50 km po szlakach polsko-słowackiego pogranicza w Beskidzie Żywieckim. Impreza debiutowała w zeszłym roku. Ze względu na trudne warunki pogodowe, jej skala trudności była nawet większa niż Bieg Rzeźnika. Więcej informacji na stronie organizatora: http://www.chudywawrzyniec.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=9&Itemid=102
Teraz przede mną pół roku przygotowań do tych zawodów. I jeszcze rzecz najważniejsza – ważniejsza niż same zawody – przekonać Moją (Nie)sportową Żonę do wyjazdu w góry w tym czasie. Mam trochę czasu…

Do zobaczenia na trasie.