Garmin Forerunner 10 – test

Lipiec 14, 2013 13 Komentarzy

Ciężko było mi się zabrać do tej recenzji. Miałem przyjemność testować prawie wszystkie zegarki z aktualnej oferty Garmina. Niestety zacząłem od przysłowiowego Mercedesa a kończę teoretycznie na maluchu. Oczywiście maluch nie jest zły, gdyż spełnia swoją funkcję. Ponieważ jaka jest funkcjonalność auta? Przemieszczanie się z punktu A do punktu B. Zarówno Mercedes i maluch spełniają taką funkcję. Jednak są drobne różnice…

Pisałem o 910XT, o rewelacyjnym (moim ulubionym) 610 oraz o 210. Dziś recenzja Garmin Forerunner 10. Recenzja prostego zegarka biegowego wyposażonego w funkcję GPS. Takiego malucha wśród zegarków Garmina, ze względu na cenę oraz dostępne funkcję. Pamiętajmy jednak, że nie każdy potrzebuje wypasionego zegarka z mnogością funkcji, których 70% i tak nie wykorzysta. Długo się zastanawiałem co o nim napisać. Podstawowe pytanie to dla kogo jest ten zegarek. Gdy poznamy odpowiedź, będziemy w stanie odpowiednio sklasyfikować ten produkt.

Co znajdziemy w pudełku:

– zegarek Forerunner 10
– zaczep do ładowania/zapisu danych
– skrócony podręcznik użytkownika

Nie ma paska pomiaru tętna. Ten zegarek nie ma takiej funkcjonalności. Kupując Forerunner 10 będziemy mieli dostępne takie funkcję jak:

– pomiar czasu
– pomiar dystansu w oparciu o gps
– licznik kalorii
– pomiar tempa
– Virtual Pacer
– pomiar tempa lub prędkość okrążenia

To wszystko. Więcej funkcji nie ma. No bo i po co. Dostępność podstawowych parametrów biegu takich jak czas i tempo jasno określa grupę docelową tego produktu.
Jest to prosty zegarek biegowy dla osób rekreacyjnie uprawiających bieganie. Dla takich, którzy może nie do końca myślą o biciu rekordów i o zaawansowanych i skomplikowanych treningach.

Jest niedzielny poranek. Wstajesz z łóżka, ubierasz się.  Zakładasz zegarek i idziesz na poranny jogging do parku. Dzięki Forerujuner 10 wiesz jaki dystans udało Ci się przebiec w trakcie porannego biegania po parku. Dzięki Garmin Connect możesz się podzielić ze znajomymi swoim treningiem. Masz możliwość sprawdzenia i analizy swoich postępów. Dzięki funkcji rekord możesz na bieżąco monitorować swoje postępy i automatycznie je zapisywać.

Wygląd
Zegarek jest niewielki
i lekki. To jest jego zaleta. Większość zegarków biegowych z GPS jest sporych rozmiarów. Tutaj udało się stworzyć bardzo fajny, stylowy sportowy zegarek. Każdy znajdzie coś dla siebie dobierając odpowiednią wersję kolorystyczną. Dostępność wielu wersji tego zegarka trafia idealne w kobiecy gust. Myślę, że właśnie głównie dla kobiet został stworzony ten zegarek biegowy.

Cztery przyciski: podświetlenie tarczy, start-stop, przycisk wyboru oraz menu. Nawigacja po funkcjach jest bardzo prosta. Tak naprawdę jednym przyciskiem uruchamiamy pomiar czasu i po zakończonym treningu kończymy.

Ekran dostarcza nam tylko dwa wiersze ale to jest wystarczające. Mamy info o czasie i przebiegniętym dystansie. W trakcie biegu możemy przełączyć ekran i uzyskać dodatkowe informacje o czasie okrążenia lub aktualnej godzinie.

zdjęcie 1

watchesWersje kolorystyczne Forerunner 10

GPS
Moduł GPS działa prawidłowo. Łapanie sygnału satelity zajmuje trochę więcej czasu, jak w przypadku Forerunner 610 (testowałem mając oba zegarki na ręce) ale i tak jest to tylko chwila. Bardzo duży plus za jakość pomiaru trasy i wytyczoną ścieżkę, którą możemy zobaczyć importując nasze treningi do Garmin Connect. Foreruner bardzo ładnie rysuje przebiegniętą trasę. Dokładność jest na bardzo wysokim poziomie. To jest niewątpliwie zaleta i mocna strona Garmina.

Funkcje
Bieg/chód to bardzo przydatne narzędzie zwłaszcza dla początkujących biegaczy. Jeśli bieganie sprawia tobie jeszcze trudności i przeplatasz je intensywnym marszem, masz możliwość zdefiniowania czasu biegu oraz marszu podczas treningu.

Virtual Parnter Pacer jest przydatną funkcją, kiedy chcemy przebiec określony dystans w czasie szybszym niż poprzednio. Jeśli bierzemy udział w zawodach na określonym dystansie możemy kontrolować nasze tempo. Dzięki Virtual Partner zegarek informuje nas ile mamy zysku/straty do celu jakim jest przebiegnięcie dystansu w określonym czasie.

AutoLap informuje nas o tym, że przebiegliśmy np. kolejny kilometr. Kiedy w trakcie biegania zatrzymamy się, aby uzupełnić płyny lub chcemy porobić ćwiczenia, funkcja AutoPasue zatrzyma czas naszego biegu. Zegarek przestanie liczyć czas. Po zakończonych ćwiczeniach kiedy zaczniemy biec dalej, zegarek ponownie zacznie mierzyć czas i dystans.

Dane z zegarka do komputera zgrywany za pomocą kabla USB. Zegarek bez najmniejszego problemu możemy połączyć z kablem. Nie jest to takie oczywiste ponieważ w Forerunner 210 początkowo miałem kłopoty. Po zaimportowaniu naszych treningów, możemy jest przeanalizować na platformie Garmin Connect.

Podsumowanie
Czy cena około 500 zł to dużo jak na zegarek z funkcją GPS.  Myślę, że nie. Co prawda nie ma pulsometru, ale nie każdy tego potrzebuje. Nie każdy potrzebuje zegarka z tymi wszystkimi funkcjami. Jeśli cenisz sobie wolność, ten zegarek jest dla Ciebie. Nie będziesz niewolnikiem techniki. Liczysz tylko czas i dystans. Nie patrzysz na strefy tętna i inne parametry. Nie interesuje Ciebie czy masz dobrze wyznaczone HRmax i czy biegniesz w odpowiedniej strefie tętna. To jest w tym zegarku fajne. Tylko podstawowe funkcję.
Tak jak maluchem przejedziemy i cały kraj, tak z Forerunner 10 jesteśmy w stanie biegać ku wolności, przyjemności ciała i ducha. Jeśli chcesz biegać bez telefonu (z GPS), czuć się lekko, a jednak masz zamiar kontrolować czas i przebiegnięty dystans, ten zegarek jest dla Ciebie. Moja lepsza, mniej (niż ja) biegająca połowa powiedziała: „Ten zegarek jest dla mnie!” – to jest chyba najlepsza rekomendacja dla tego Garmin Forerunner 10 🙂

Dziękuje firmie Garmin za udostępnienie zegarka na potrzeby powyższej recenzji.

Reklamy

Buty do biegania z Lidla – Crivit Sports – recenzja

Lipiec 10, 2013 12 Komentarzy

Po powrocie z urlopu czekała na mnie w domu paczka z Lidla, w której znalazłem dwie pary butów do biegania. Buty męskie oraz buty damskie dla mojej lepszej połowy. Poniżej przeczytacie krótką recenzję tych butów. Recenzję moją, jako bardziej doświadczonego biegacza oraz mojej małżonki, jako osoby nadal z niewielkim doświadczeniem biegowym.
Od jutra (11 lipca) buty będą dostępne w sieci sklepów LIDL w całej Polsce. Uważam, że za długo na półkach nie będą leżały. Jest to okazja.

67821_682567908423651_772935891_n

Moim zdaniem – buty męskie
Warto zainteresować się tymi butami ze względu na ich cenę. Kwota 65 zł za parę butów to nie jest dużo. Za podobną cenę można zakupić najprostsze buty do biegania w sieci Decathlon. Jednak moim zdaniem buty z Lidla wypadają znacznie lepiej. Moje początki biegania to były właśnie Ekideny z Decathlonu za 59 zł. Moją małżonka także zaczynała w takich butach. Kiedy nie wiemy czy bieganie nam się spodoba, nie warto inwestować zbyt wiele w nowe buty. Takie rozwiązanie jak buty z Lidla dla początkujących biegaczy wydają się być prawie idealne. Kup, pobiegaj parę miesięcy. Jak ci się spodoba, wtedy zainwestuj kilkaset złotych w porządne, markowe buty do biegania.

W Crivitach przebiegłem raptem dwa treningi. Ale to wystarczy, aby mieć opinię na temat tych butów. But ma znacznie lepszą amortyzację niż Ekiden. Zastosowana pianka Eva powinna wytrzymać wiele kilometrów. But jest stosunkowo sztywny. Pytanie czy po większej ilości treningów bardziej się „wybiega”. Myślę, że tak. Przy obecnych upałach problemem jest wentylacja. Niestety w bucie jest gorąco. Stopa nie oddycha w odpowiedni sposób i się poci. Dawno tego nie czułem 🙂 Dłuższy bieg może nie być przyjemny dla naszej skóry. Buty są stosunkowo lekkie co jest ich plusem. Szybkie odcinki można spokojnie w nich biegać.

Na bardziej obszerną recenzję zapraszam za kilka miesięcy. Może wtedy będę po większej ilości treningów i będę mógł napisać o nich więcej. Choć raczej nie będę ich zbyt często używał. To są buty dobre na deszcz i błoto. W sensie, że nie będzie mi szkoda ich zniszczyć 🙂 Tak czy inaczej za tą cenę warto mieć taką zapasową parę butów. Osobiście polecam zwłaszcza dla początkujących nie będących pewnym systematyczności biegania lub jako parę butów zapasowych. Jeśli kupisz już te buty i nie będziesz z nich zadowolony, to pomyśl ile kosztowały. Jak wiele można oczekiwać za taką cenę?

Jej zdaniem – buty damskie
Muszę przyznać, że bieganie w butach z Lidla było dla mnie całkiem miłym doświadczeniem. Lidlowskie buty do biegania, mają wszystko co jest potrzebne początkującemu biegaczowi. I to należy podkreślić. Ale zacznijmy od początku. W tej klasie cenowej mamy do wyboru chociażby buty standardowe – że tak je nazwę – do biegania o nazwie KALENJI z serii Ekiden marki Decathlon, które również na początku mojej przygody z bieganiem miałam przyjemność używać. W międzyczasie, o zgrozo, biegałam aż dwa sezony również w butach tej marki, z tym, że była to już seria ELIOFEET – buty te również plasują się na podobnej półce cenowej. I głównie do nich będę porównywać lidliwskie buty do biegania. Zatem już w tym miejscu wypada napisać, że oceniam je wyżej niż standardowe buty do biegana Decathona. Dlaczego? Buty Ekiden, mimo iż reklamowane jako buty do biegania, nie różnią się zbytnio od przeciętnych „adidasów”, a buty KALENJI ELIOFEET to już w ogóle pomyłka, którym bliżej do chodaków niż butów biegowych, ale o tym może kiedy indziej ; -) Co natomiast na plus dla butów z Lidia? Przede wszystkim, są to buty, które bardzo dobrze trzymają stopę, but stabilnie i jednocześnie miękko opina stopę, nie powodując przy tym jakiegoś dyskomfortu, i tu także jak dla mnie spory plus w porównaniu z butami Decathlona; stopa jest na tyle stabilna, iż nie martwiłam się zbytnio o ewentualne potknięcia, a co za tym idzie – kontuzje. Amortyzacja naprawdę jest odczuwalna, piszę „naprawdę” bowiem trudno o takowej mówić porównując do Decathlonowych chodaków. W lidlowskich butach biegało mi się przyjemnie, przede wszystkim ze sporym komfortem dla stopy, jednak nie na tyle dużym, abym mogła napisać, że nie czułam ich na nogach.

Reasumując: buty do biegania z Lidla z pewnością zadowolą początkujących biegaczy, dla zaawansowanych amatorów mogą się już nie sprawdzić. Dla mnie – czyli weekendowego biegacza na krótkie dystanse – są to buty w zupełności wystarczające i spełniające moje oczekiwania. Mając na uwadze moje doświadczenia z butami ogólnodostępnymi w sklepach sieciowych, Lidlowskie buty wydają się być jednak lepsze pod względem amortyzacji, stabilności, komfortu dla stopy i poleciłabym je początkującemu biegaczowi chcącemu rozpocząć swoją przygodę z bieganiem, a także ludziom szukających butów do ćwiczeń tj. aerobik itd. Jedyne zastrzeżenia mam do jakości wykonania, choć zbyt krótko je testowałam, aby wydać pełną opinię, niemniej, na pierwszy rzut oka jakość wykonania – w szczególności przeszycia i materiał – sprawiają wrażenie dość nietrwałych. Jednak dla porównania napiszę, że nie różnią się zbytnio jakością wykonania od butów sieciowych z niższej półki (Decathlonowe chodaki przetrwały dwa sezony i z pewnością jeszcze z nich skorzystam), więc jak za tę cenę, czemu nie! Warto wypróbować i pobiegać 🙂

Bieganie to sport modny i urzekający w swojej prostocie. Aby go uprawiać, poza motywacją, niezbędne jest odpowiednie obuwie. Od czwartku, 11 lipca, w sklepach sieci Lidl pojawi się kolejna odsłona oferty biegowej. Zapraszamy wszystkich stawiających pierwsze biegowe kroki po buty do biegania!

Bieganie to wyjątkowy sport – wie to każdy, kto choć raz spróbował. Zgrabna sylwetka, kontakt z naturą i dobra kondycja to jedne z wielu zalet biegania. Lato w sposób szczególny sprzyja osobom, które zaczynają swoją biegową przygodę, do czego Lidl gorąco zachęca!

Lista rzeczy niezbędnych do biegania jest krótka. Poza chęciami liczy się też odpowiednie obuwie. Dostępne w modnych tego lata kolorach buty do biegania marki Crivit Sports z pewnością sprostają oczekiwaniom początkujących biegaczy – nie tylko pod względem estetycznym, ale przede wszystkim technicznym.

Biegi 3

Buty Crivit Sports wykonane są z przepuszczającego powietrze meshu, a anatomicznie uformowane wkładki wzbogacone są w system wentylacji Air-Vent. Międzypodeszwa z pylonu łagodzi uderzenia,a stabilizator śródstopia Carbonlite, podeszwa wewnętrzna EVA i zintegrowane elementy amortyzujące dają dodatkowy komfort w trakcie biegu. Odblaskowe elementy zapewnią bezpieczeństwo podczas wieczornych treningów. Dzięki antypoślizgowej podeszwie buty sprawdzą się także w trudniejszych warunkach.

Dobre obuwie biegowe dla początkujących nie musi kosztować fortuny. Buty marki Crivit Sports dostępne będą w różnych, ciekawych wzorach, w rozmiarach damskich 37-40 oraz męskich 41-45, w cenie 65 zł za parę.

Biegi 1

Kategorie:Sprzęt Tagi: , ,

Chusta BUFF – co to i po co?

Lipiec 8, 2013 2 Komentarze

Urlop, urlop i po urlopie. Także na blogu pozwoliłem sobie na odpoczynek od pisania. Mam spore zaległości, więc teraz będę pisał dość często 🙂
Na pierwszy ogień idzie BUFF. Przez kilka najbliższych tygodni będę dla Was testował ten produkt. Ale czymże jest BUFF? To wielofunkcyjna chusta, z której możemy zrobić szalikopaskę, bandankę, gumkę do włosów, piratkę na upalne dni lub czapkę czy kominiarkę przy mniej sprzyjającej aurze. Ja będę używał BUFFa głównie z myślą o Chudym Wawrzyńcu. W górach może to być bardzo przydatny gadżet. Jak na razie jestem zachwycony wielofunkcyjnością BUFFa i jakością materiału, z którego jest wykonany.

HOW_TO_WEAR_ICONS

Do testów otrzymałem wersja High UV Protection Buff®  od firmy Malavi, która jest wyłącznym dystrybutorem na rynek polski marki BUFF.

buff

Model ten to wszechstronny dodatek, który w zależności od pogody chroni Cię przed prażącym słońcem, wiatrem czy  kurzem. Wykonany jest  z elastycznego, bezszwowego materiału Coolmax, który posiada wysoki filtr UV 95%.  Buff  Coolmax dzięki swoim właściwościom chroni naszą głowę przed szkodliwymi promieniami słonecznymi jednocześnie dając nam miłe uczucie chłodu.

W połowie sierpnia powiem Wam, czy chusta Buff jest przydatnym dodatkiem dla biegacza. Czy warto się w nią zaopatrzyć, zwłaszcza przed okresem jesienno-zimowym.
Tak jak pisałem na początku; zaległości dość sporę, więc w następnych dniach przeczytacie recenzję: Garmin Forerunner 10, butów do biegania z Lidla oraz opaski ICEstripe.

KONKURS Wygraj pakiet startowy na Bieg Powstania Warszawskiego

Czerwiec 18, 2013 2 Komentarze

Zgodnie z zapowiedzią mam dla Was kolejny konkurs ! 🙂

Nagrodą w konkursie jest pakiet startowy na Bieg Powstania Warszawskiego, który odbędzie  się 27 lipca.
Fundatorem nagrody jest PKO Bank Polski w ramach programu Biegajmy razem.

bieg-powstania-warszawskiegoStrona  zawodów: http://wosir.waw.pl/bieg-powstania-warszawskiego/

Co należy zrobić, aby wygrać pakiet?

1. Trzeba polubić fanpage Biegamblog

2. Na fanpage podać linka do swojego zabawnego zdjęcia z treningu lub z zawodów. Może być jakaś śmieszna poza w trakcie biegu lub wesoła mina. Zdjęcia dodawajcie w komentarzach pod wątkiem o konkursie.

3. Zbieraj lajki. Ten, kto w czasie trawina konkursu uzbiera najwięcej „Lubię to” wygrywa konkurs i zdobywa nagrodę w postaci pakietu startowego.

Proszę o udział w konkursie tylko te osoby, które  na pewno chcą wystartować w Bieg Powstania Warszawskiego i będą w tym czasie w Warszawie. Nie ma możliwości późniejszej zamiany pakietu startowego.

Powodzenia !

Regulamin:
1. Konkurs trwa od 18.06.2013 do 30.06.2013 r.
2. Udział w konkursie może wziąć każda osoba, która na portalu facebook.com polubi fanpage https://www.facebook.com/pages/Biegamblog/271893436157769
3. Nagrodą jest pakiet startowy na XXIII Bieg Powstania Warszawskiego, który odbędzie się 27 lipca 2013 r. Bieg odbywa się na dystansie 5 lub 10 km.
3.1. Nagrodę wygrywa osoba, która w trakcie trwania konkursu uzbiera najwięcej „Lubię to” pod swoim zdjęciem.
4. Wyniki zostaną ogłoszone najpóźniej 02.07.2013 r. na stronie biegamblog.pl oraz na facebooku.
5.Umieszczając zdjęcie na facebook uczestnik konkursu oświadcza, że ma pełne prawa do publikowanego zdjęcia.
5. Zgłoszenie swojego udziału w konkursie jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na opublikowanie imienia, nazwiska.
6.Ostateczna interpretacja niniejszego regulaminu należy do organizatora.

VII LOTTO Bieg Ursynowa 2013 – relacja

Czerwiec 16, 2013 5 Komentarzy

Najważniejszy start tego roku na dystansie 5 km. Bieg Ursynowa. Otwarte Mistrzostwa Polski w Biegu Ulicznym na 5 km. Bardzo dobra organizacja i szybka trasa. Czego chcieć więcej? Otóż wyniku drogi Panie…

zdjęcie

Miesiąc temu pobiegłem na „piątkę” w Biegu Konstytucji w czasie 22:42. Miałem w planie na Ursynowie poprawić wynik z zeszłego roku. Pobiec szybciej niż 21:50.
Zanim napiszę o samych zawodach, to najpierw kilka zdań o planie treningowym – którego nie ma. Generalnie trzymam się założeń z zeszłorocznego planu od Wojtka Staszewskiego, który przygotował mnie do Maratonu Warszawskiego. Nie ukrywam, że wprowadzam swoje modyfikacje głowie pod kątem sierpniowego Chudego Wawrzyńca (dłuższe wybiegania i więcej siły biegowej) – wiem, że truję na blogu z tymi zawodami ale musicie zrozumieć, że to jest mój cel na 2013 i całe bieganie jest właśnie  podporządkowane, aby ten cel dobrze zrealizować 🙂 Wiem także,  że dobre przygotowanie do Chudego zaowocuje w końcu złamaniem 4h w maratonie na jesień.

Kontynuując. Nie specjalnie trenowałem pod 5 km. Miałem nadzieję, że skoro mój staż biegowy jest większy niż 365 dni temu to wynik powinien przyjść sam. Niestety nie przyszedł. Nie zrobiłem życiówki. Wyrównałem ją. Pobiegłem dokładnie tak samo jak w zeszłym roku, co do sekundy. 21:50. Nie będę za bardzo rozpisywał się nad tymi zawodami, doskonale zorganizowanymi. W zawodach uczestniczyło wielu szybkich biegaczy,  łącznie z czołówką polskiego biegania: Arkadiusz Gardzielewski (14,04), Artur Kozłowski (14,13), Dominika Nowakowska (16,07), Agnieszka Mierzejewska (16,35); gość honorowy: Lidia Chojecka, a na stoisku jednego ze sponsorów szeregowa Iwona Lewandowska. Naprawdę super, że można się ścigać z takim zawodnikami. Świetna sprawa.

Start zaplanowany został na 12.00. Sobota, 25 stopni. Gorąco.  W takich warunkach ciężko o jakiś fenomenalny wynik. Nie można jednak zwalać wszystkiego na pogodę. Przecież inni biegli w takich samych warunkach a zrobili życiówki.

Ustawiłem Virtual Partnera w Garminie na 4:22, czyli na takie tempo, jakie miałem w zeszłym roku. 3,2,1 start. Przeszło półtora tysiąca biegaczy wystartowało. Biegnę szybko, jest dobrze. Mijam pierwszy kilometr. Wyprzedzam wolniejszych od siebie, choć ustawiłem się w dobrej strefie. Jak zwykle na zawodach są ludzie, którzy za nic mają zasady. Byle stać jak najbliżej startu,  co z tego, że biegnę ledwo: 5:30. Chwilę później mijam drugi kilometr. Nagle małe (właściwie to duże – nie spodziewałem się tego) zaskoczenie na drodze. Kilka metrów przede mną gwałtownie zatrzymuje się jeden zawodnik i zaczyna na środku trasy wiązać buta. Szok! Mi udaje się go wyminąć, ale kilku zawodników wpada wprost na niego. Padają niecenzuralne słowa. Nie dziwię się. Jak można tak nie mieć wyobraźni? Przecież logiczne jest, że za tobą biegną ludzie. Zbiegaj na lewą lub prawą stronę jak chcesz się zatrzymać. Nie można nagle z tempa 4:30 stanąć w miejscu. Nie na zawodach, gdzie biegnie spora ilość zawodników. Czasami na innych blogach pojawiają się porady dla początkujących (i nie tylko) biegaczy. Niektóre rady mogą wydawać się banalne. Życie pokazuje, że nie ma banalnych porad.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Biegnie się dobrze, ale zarazem robi się ciężko. W głowie myśl, że teraz szybko 3 km „bez historii” (bez myśli), potem powalczy się trochę na 4 km a dalej to już finisz. Virtual Partner pokazuje 30 sekund przewagi. Jestem na 3 km. Jest dobrze z czasem, nawet bardzo ale ze mną jest źle. Czuję, że zaczynam zwalniać. Po nawrocie na alei KEN, gdzie do mety zostaje jakieś 1,8 km, przewaga spada do 10 sekund. Często patrzę na Garmina. Za często. Zamiast skupić się na biegu i na walce, analizuje cyfry. Patrzę jak uciekają sekundy. Leszek miał dobrze, że nie zabrał zegarka ze sobą. Chyba dzięki temu pobiegł tak świetnie. Nie kalkulował, nie liczył, nie patrzył na czas. Po prostu biegł.

Z daleka widać budynek Urzędu Dzielnicy Ursynów. Tam jest meta. Jakieś 1,5 km. Długa prosta. Garmin pokazuje 5, a chwilę potem 0 przewagi. Dupa myślę. Nie będzie życiówki. Na chwilę próbuje uspokoić tempo i oddech. Biegnę na „0” z założeniem, że na koniec przyspieszę. Na 500 metrów przed metą staram się przyspieszyć. Przyspieszam. Wpadam na metę. Zegarek pokazuję chyba 21:53. Widocznie tylko na tyle było mnie stać tego dnia. Dostaję medal i wodę. Po chwili przychodzi SMS z wynikiem. 21:50. „Ku#;); mać” pomyślałem. Wyrównałem życiówkę. Na „piątkę” jestem tam,  gdzie byłem rok temu…

Kategorie:Zawody Tagi: , , ,

Podróż w czasie – relacja z Chudego Wawrzyńca 50+ 2012

Czerwiec 16, 2013 Dodaj komentarz

Przedstawiam Wam relacje z zeszłorocznego Chudego Wawrzyńca.  Relacja została napisana przez Pawła Jaczewskiego z Obi-Boki Running Crew. Biegając po górach Beskidu Żywieckiego, Paweł był w połowie okresu przygotowawczego do debiutu w  Maratonie Poznański. Jako ciekawostkę warto podać, że maksymalny dystans jednorazowy jaki wcześniej przebiegł Paweł to 25 km. Także tym bardziej wielkie gratulację dla Pawła, że udało się ukończyć te trudne zawody.

W ramach wstępu suche fakty. Trasa 50+ miała według różnych pomiarów od 52-53,5 km, więc przyjąłem że miała 52 km, co by się zgadzało z moim odczuciami (5 punkt pomiarowy był na 48km i  do mety moim zdaniem nie było 5 km). W sumie wiec przebiegłem 52 km + 1 km (o tym napiszę za chwilę), suma podejść/zejść: 2117/2064, w 9 h 21 min 49 sek.

A teraz od początku …

Start był o 4 rano, a że miał on miejsce w miejscowości obok i zawoził nas do niego autokar, pobudkę mieliśmy o 2.40, czyli spaliśmy z Patrykiem (kolega z którym pojechałem) niecałe 4h. Wieczorem przygotowaliśmy cały „sprzęt” więc rano tylko się ubraliśmy, do autobusu i na linię startu. Generalnie, w mojej kategorii wagowej, nie widziałem nikogo (ale było nas 271 osób, wiec mogłem nie zauważyć). Cała reszta wyglądała dość profesjonalnie i nie mówię o ewentualnych kosztach strojów, ale o stalowych łydkach i masie oscylującej w granicach 40-65 kg 🙂  –  Paweł pisał, że jego waga wynosiła wtedy 95 kg.

zdjęcie 1foto: Marcin Franke

O 4.00 równo ze startem zaczął padać deszcz, zgodnie zresztą z prognozą, ale prognoza przewidywała przelotne opady od 4-8, a w rzeczywistości padało przez cały dzień, a momentami lało 🙂 Na początku biegu żałowałem ze nie kupiłem sobie jakiejś lekkiej przeciw deszczówki, ale później widziałem, że nie ma kurtki, która da ochronę przed deszczem przez 9h więc tylko by mi przeszkadzała. Jeśli chodzi o ciuchy to wystartowałem w bluzie z długim rękawem (w plecaku miałem koszulkę techniczna z biegu Powstania), trailowe spodenki do kolan (Nike dry fit), buty nowe Brooks Cascadia 7 (tego się strasznie balem, bo krotko je testowałem, ale sprawdziły się niesamowicie, ani jednego pęcherza nie mam na nodze), skarpetki Nike dry fit, też bardzo fajne, krótkie stuptuty, no i na głowie buffiego.

Ale wracając do biegu.  Pierwsze 7 km było po asfalcie po ciemku, ale że był „tłum” to nie odpalałem nawet czołówki, tempo troszkę jak zwykle przesadzone pierwsze 3 km w tempie 6.05 min/km, potem 5:40 min/km, jak zaczął się szutr i podejście od razu zobaczyłem, że Patryk ma znacznie lepszą technikę podejścia i powiedziałem mu żeby leciał (i dobrze skończył z czasem 7:33, a i tak miał swoje problemy) ja sam odpaliłem czołówkę, bo zaczęła się ścieżka i tempem grupy ruszyłem pod górkę. Po 1h15m dotarłem z tą grupką do punktu kontrolnego na 10km (450 m przewyższenia) i napierałem w ich stylu czyli podejścia marsz, płasko i w dół zbieganie (tutaj zobaczyłem wielki plus cascadii, mimo mokrej nawierzchni błota i trawy, świetnie się trzymały podłoża i mogłem naprawdę niezłym tempem zbiegać – oczywiście znacznie odbiegającym od czołówki 🙂 ale udawało mi się wyprzedzać niektóre osoby. Mniej więcej na 13/15 km zjadłem pierwszy żel (isostar jabłkowy paskudny w porównaniu z ludzkim jedzeniem, ale naprawdę dobry w porównaniu z reszta z chemii). Cały czas napierałem stosując technikę w górę marsz/płasko i w dół bieg.

Na około 17/18 km trafiłem na przysłowiową „ścianę” psychiczno–fizyczną. Było to na dość stromym (ale wtedy wydawało mi się pionowe – w rzeczywistości było do pokonania 300 m przewyższenia) podejściu – miałem zadyszkę, starałem się trzymać tempo podchodzenia osób przede mną, nie wiedziałem gdzie jestem i czy mogę pić (nie mam doświadczenia ile wypijam z camelbacka, a jak się później okazało miałem jeszcze cale mnóstwo isostara w bukłaku) zaczęły mnie nachodzić same czarne myśli, że nie dam rady, że przeliczyłem się, że to głupota, że chyba póki jestem w stanie powinienem zejść do drogi, że buty na pewno wywołają pęcherze i otarcia itp. itd. – i wtedy po raz pierwszy stanąłem, zszedłem ze szlaku żeby nie hamować drogi i zatrzymałem się na około 30 sek. żeby uspokoić oddech. Ruszyłem dalej ale po 20 metrach nic się nie zmieniło myśli te same, zadyszka, dramat. Zszedłem ze szlaku, trochę było mi wstyd, że jak ktoś na mnie patrzy to myśli „o proszę pierwszy odpada” wiec poszedłem w krzaki, (w wiadomym celu) napiłem się tak żeby czuć, że zaspokoiłem pragnienie, ciśnienie trochę opadło i stwierdziłem, że trudno, muszę coś zmienić bo nie dam rady, mam gdzieś innych, ważne żebym dotarł chociaż do 1 schroniska (28 km). Wróciłem na szlak i śmieszne bo przypomniałem sobie jak się chodzi po górach, że w zasadzie to nie bieg, a klasyczna wędrówka górska, których w życiu „kilka” zaliczyłem i skupiając się na kroku i odpowiednim stawianiu za każdym razem stopy ruszyłem do przodu. Krok za krokiem, skupiając się na tym żeby nie dostawać zadyszki i myśląc tylko o oddechu i kroku parłem do przodu.

zdjęcie 2 foto: Marcin Franke

Od tej pory stwierdziłem ze będę biegał tylko kiedy będę sie dobrze czul, a generalnie do schroniska będę maszerował. Okazało się, że nie jest to głupi pomysł, bo mimo iż na płaskim i zbiegach osoby mnie wyprzedzały, to na podejściach doganiałem je i w zasadzie były cały czas w zasięgu mojego wzroku, przy łatwych zbiegach i na płaskim włączałem bieganie wiec tempo też miałem niezłe (działało mi wtedy jeszcze endomondo i jak później sprawdziłem miałem 3km w tempie około 6:40 min/km). Wtedy zaczęło sie wejście na najwyższy szczyt (ponad 1200m, 300 m do pokonania) i technika sie sprawdzała, przegoniłem sporo osób co mnie wyprzedziły wcześniej, dołączyłem się do grupki co szła odpowiednim dla mnie tempem i z nimi dotarłem do schroniska.

28 km godzina 8:00 czyli 4h biegu. W schronisku zamówiłem herbatę (marzyłem o niej już od około 2h) 2 butelki wody, żeby uzupełnić bukłak i… piwo 🙂 Herbatę wypiłem od razu, uzupełniłem bukłak (wtedy okazało się, że spokojnie mogłem pić więcej, bo wypiłem około litra z 2,5, wiec po wlaniu 1,5 miałem teraz 3 litry isotoniku), wziąłem 3 łyki piwa (czytałem że na tego typu biegach fajnie sobie robić niespodzianki, typu na „przepaku” załadować puszkę coli, cukierki itp – piwo to była moja przyjemność) i co najważniejsze założyłem pod bluzę koszulkę z biegu powstania (i cale szczęście bo na następnym odcinku lalo jeszcze bardziej). Niezbyt chętnie, ale opuściłem ciepłe schronisko i ruszyłem na następny deszczowy 11 km odcinek.

Początek był ciężki, bo było mega zimno lalo i wiało, ale było z górki lub płasko więc truchtając szybko sie rozgrzałem, niestety błoto było tak wielkie, że w pewnym momencie wywinąłem orła przy zbiegu i w błocie pojechałem z 2/3 m. Stwierdziłem wtedy że trudno wracam do marszu i zachowam siły na finisz. I dalej technika szybkiego marszu zacząłem wyprzedzać kolejne osoby, szczególnie te z patykami. Śmiesznie, bo czasami z niektórymi bawiłem sie w „ciuciubabke” przez 20 min, ale koniec końców wszystkich wyprzedzałem i już nikt mnie z nich nie dogonił. W zasadzie od schroniska do mety wyprzedziło mnie w sumie około 15 osób (większość „napieraczy” wyprzedziła mnie na pierwszym odcinku ;), a ja wyprzedziłem spokojnie ze 20 osób.

Też od tego momentu, pomijając doganianie i wyprzedzanie, raczej byłem sam na szlaku, więc mogłem sobie gadać do siebie klnąc na trasę (zapomniałem już co to teren górski i że 1 km takiego samego podłoża to rzadko się zdarza. Pomijając, że wszędzie było błoto, to było błoto w trawie, błoto pomiędzy korzeniami, błoto z kamykami, płynące błoto i morza błota…itd :). 2 godziny zajęło mi pokonanie tych 11 km jak wpadłem na następne schronisko byłem mocno wychłodzony (miałem skostniałe ręce tak że w ogóle nie wyczuwałem obrączki), wypiłem wiec 2 herbaty, otworzyłem 2 żel energetyczny i zobaczyłem faceta, który pakuje folie NRC pod kurtkę. Stwierdziłem, że to niezły pomysł więc na koszulkę owinąłem się folia i na to nałożyłem bluzę i wybiegłem w sumie w schronisku spędziłem 10-15 min.

Do schroniska trzeba było zboczyć z trasy więc wracając mijało się osoby, które szły do schroniska i nagle tuż przed wejściem na „mój” odcinek trasy facet mijający mnie pyta się po góralsku czy to ‚ja jestem pomocą”. Zdziwiony zapytałem się o co chodzi, a on po góralsku mówi że tam leży facet, że jego kumpel owija go folia NRC, ale że „licho z nim” to mówię mu, że niech on idzie do schroniska po pomoc, a ja pobiegnę pomóc jego koledze. Po jakiś 500 m (3/4 min biegu) dobiegłem do nich, ale już jakiś inny biegacz dobiegł do nich i też zaczął pomagać wiec chłopak już wstał i powoli go prowadzili. Chłopak chyba się przeliczył, bo był blado przezroczysty, cały drżał i chyba ostro dała mu się we znaki temperatura (odczuwalna była 8C więc przy tym deszczu było naprawdę zimno). Góral podziękował mi i jak dowiedział się że do schroniska jest około 10 min kazał mi wracać na szlak, no i ruszyłem. Pewnie ze względu na adrenalinę, naprawdę trudne podejście szybko pokonałem (a były momenty że i rękami musiałem sobie pomagać, bo były wychodnie skalne) i dotarłem do rozejścia 50 i 80 km, szczęśliwy, wiedząc że już końcówka, ruszyłem na ostatni odcinek.

Na początku było fajnie bo łąki, otwarta przestrzeń, folia dogrzewała, bo w rekach wróciło czucie, wiec znowu zacząłem trochę biec, niestety okazało się że to nie koniec  i przede mną jeszcze jedno podejście i co gorsza bo beznadziejnej trasie „zwózki drewna” czyli generalnie tony kamieni, drewna i błota… Ale nie to było najgorsze, najgorsze okazało się 5 km zejście…

Mięśnie nie przyzwyczajone po 2 km zaczęły boleć, po 3 km parzyć, po 3,5 chciałem sobie je odrąbać 🙂 Wyszły niedostatki w treningu, próbowałem trochę zbiegać (zmieniając przez to mięśnie, które pracują i dając odpoczywać innym) ale i tak nogi miąłem tak zmęczone że wszystko mnie bolało. Pod sam koniec machnęło mnie jeszcze 2 typów, którzy non stop biegli, troszkę za jednym pobiegłem, ale dałem za wygrana.

Koniec – jak wybiegłem na asfalt, to mimo że go nie trawię, to prawie go ucałowałem 🙂 Wiedząc, że to ostatnie metry, czując się w swoim terenie, przyśpieszyłem przegoniłem jeszcze faceta, co nie miał siły biec i po 9h 21 min 49 sek przebiegłem przez metę 😀

 

III Cross Półmaraton nad Pilicą – relacja, zdjęcia

Czerwiec 9, 2013 3 Komentarze

Pobudka o 6 rano. Przed nami godzina drogi z Warszawy, aby dojechać do Nowego Miasta nad Pilicą. W bagażniku sprzęt biegowy oraz kask i „lowelek” trzyletniego synka. Kiedy tata będzie biegał po lesie, synek musi mieć jakieś zajęcie. Jak się potem okazało większość czasu spędził na walce z robakami (muszki, komary i inne latające stworzenia).

Do biura zawodów dojechaliśmy kilka minut po 8.00. W pakiecie startowym numer, agrafki, bawełniana koszulka, talon na wyżywienie oraz dwie ulotki.  Przybrałem się, założyłem plecak, przypiąłem numer startowy i zacząłem się rozgrzewać. Wiedziałem, że czekają mnie trzy siedmiokilometrowe pętle po lesie. Czytając zeszłoroczną relację wiedziałem, że nie będzie łatwo. To dobrze. Taki crossowy bieg doskonale wpisuje się w plan moich przygotowań do Chudego Wawrzyńca. Z życiówką 1:46 na asfalcie, miałem w planie zmieścić sie spokojnie w dwóch godzinach. Jak się potem okazało, zabrakło pawie trzech minut.

zdjęcie 4

fot.: ZBIGNIEW MAJEWSKI

O 9.00 pojawiłem się na lini startu. Mała ilość biegaczy i kameralna atmosfera. Lubię takie biegi. 3,2,1 start…
Biegniemy ścieżką przez las. Trochę ziemi, trochę piachu. Znalazł się nawet dość ciekawy podbieg. Tempo na poziomie 5:10 – 5:15. Za szybko cholera. Początkowo, biegnąc w grupie, chciałem utrzymać tempo zamiast biec swoje. Nie wiedziałem jeszcze jaka zapłacę za to cenę. Biegło się fajnie. 3,4,5 kilometr. Trochę w cieniu, trochę w słońcu. Były nawet dość spore kałuże i błotniste fragmenty. Na pierwszych dwóch kilometrach miałem kłopot z plecakiem, ponieważ przez złą regulację latał na wszystkie strony. Jednak udało mi się w biegu go odpowiednio wyregulować. Ułożył się na palcach. Było już potem ok. Fajnie się pije z rurki 🙂 Kolejne kilometry a tempo nadal szybkie.

zdjęcie 5

fot.: ZBIGNIEW MAJEWSKI

Pierwsze kółko chyba w 37 minut. Po przebiegnięciu pierwszego okrążenia, widząc tętno i rosnącą temperaturę, wiedziałem, że dalej już będzie tylko walka. Zjadłem żel. 8, 9 km. Pomyślałem sobie, że nie lubię biegać pętli. Znowu ta sama górka, ten sam piach. To drzewo. Za mniej więcej pól godziny jeszcze raz będę tu biegł. To nie jest dobre dla psychiki. Wolę proste trasy. No cóż. W myśli chciałem, aby drugie kółko przeszło bez historii. Bez myśli. Tak szybko, żeby już wbiec na ostatnie, trzecie okrążenie. A pojawiły się myśli czy nie zakończyć na dwóch okrążeniach. Źle się biegło. No ale jest konkurs i trzeba go zakończyć. Przecież za dwa miesiące chce latać po górach przez wiele długich godzin. Muszę się trzymać. W głowie nadal myśli o czasie krótszym niż 2 godziny. Czas pierwszego kółka dawał nadzieje.  Podłączyłem się do zawodnika w czerwonej koszulce, chyba Kaljeni, z którym przebiegłem kilka kilometrów. W miarę równe tempo. Biegliśmy bez słowa. Raz on przede mną, a raz ja przed nim. Pod koniec (chyba to było wtedy) drugiego okrążenia niestety wysiadłem z tego dwuosobowego autobusu. Już brakowało sił. Wbiegłem na ostatnie okrążenie. Tempo spadło bardzo. Wiedziałem już że nie ma co myśleć o wyniki, tylko trzeba myśleć o tym żeby ukończyć w całości  nie zatrzymać się.

zdjęcie 1

Gorąco. Zapomniałem posmarować stopy kremem. Zacząłem odczuwać to ciepło w stopach. Tak, właśnie zaczęły się tworzyć bąble. Jak mogłem zapomnieć o posmarowaniu stóp. Co za głupek. Podłączyłem się do kolejnego zawodnika. Chłopaka w niebieskiej koszulce. Bieg wolno, ale ja także biegłem wolno. I z nim dobiegłem prawie do mety. Na 500 metrów przed finiszem, chcąc zakończyć to cierpienie, przyspieszyłem. Przed linią mety zobaczyłem biegającego w moja stronę Mateuszka oraz małżonkę robiącą zdjęcia. Chwyciłem młodego pod ramię i wbiegliśmy razem na metę. Dostałem medal. Bardzo ładny 🙂 Garmin Forerunner 610 pokazał dystans 21,3 km i czas 02:02:51. Średnie tętno 175 bpm najlepiej świadczy o tym ile czeka mnie pracy przez najbliższe dwa miesiące.

zdjęcie 3

Tak zakończył sie 3. Cross Półmaraton. Możliwe, że wrócę tutaj za rok, gdyż mam coś do udowodnienia. Zawody przegrałem na pierwszy okrążeniu. Gdybym pobiegł wolniej i mądrzej, wynik i moja forma byłaby znacznie lepsza. Jestem o tym przekonany. Wypaliłem się na samym początku.
Poza słabym wynikiem sportowym zawody dały mi dużo do myślenia. Kolejna bardzo ważna lekcja. Jaką strategię przyjąć przed biegiem górskim. Jak przynajmniej spróbować rozłożyć siły. Na co uważać i co najważniejsze, nie dać się ponieść fantazji w pierwszym etapie biegu.

Konkursu na razie nie zakończę, ponieważ nie ma jeszcze wyników na stronie organizatora. Może będą jutro… Jednocześnie dziękuję wszystkim, którzy typowali mój wynik w tych zawodach. Dziękuję tym, którzy we mnie wierzyli i w moje możliwości 🙂