Archive

Archive for the ‘Chudy Wawrzyniec’ Category

Chudy Wawrzyniec 2013 – relacja 50+

Sierpień 13, 2013 20 komentarzy

Od czego zacząć? Przecież to najważniejszy start w tym sezonie. Całe pół roku przygotowań.
Zacznijmy od najważniejszego: jakby nie patrzeć jestem ultramaratończykiem. Tak, przebiegłem 52 km po górach Beskidu Żywieckiego i czuje się z tym rewelacyjne.

Podziękowania

Zazwyczaj są na końcu, ale ja od nich zacznę. Przede wszystkim dziękuję mojej lepszej połowie za wyrozumiałość i znoszenie moich weekendowych wybiegań. Za to, że przystała na mój szaleńczy plan wyjazdu rodzinnego w góry. Za wsparcie i wiarę w to, że się uda. Dzięki skarbie 🙂

Wielkie podziękowania dla Tomasza Krawczyka, Kuby Wolskiego, Adama Folanda, Magdy Ostrowskiej-Dołęgowskiej, Krzysztofa Dołęgowskiego – czyli organizatorów Chudego Wawrzyńca z napieraj.pl Bardzo dobra robota. Stworzyliście świetne zawody,które mają swój klimat. Fakt pogody jaka była rok temu i teraz dodaje mistycyzmu tej imprezie. Mam nadzieje, że za rok także będzie mgła 🙂 Do organizacji praktycznie nie mam zastrzeżeń. Świetne oznaczenie trasy (miałem koszmary senne, że gdzieś tam się zgubiłem na trasie – nie było opcji, żeby źle pobiec). Dzięki dla wolontariuszy Pokojowego Patrolu, który zabezpieczali trasę biegu. To on stali przez kilkanaście godzin w miejscu i czekali na nas, biegaczy.

50 czy 80 – magia cyfr

Ostatecznie pobiegłem trasę 50+. Taki plan miałem od samego początku. Cały czas zaznaczałem, że nie wiem jaki cud musiałby się wydarzyć, aby na 44 km wybrać dłuższą trasę. Cudu nie było i poleciałem w lewo, W takcie biegu miałem myśli, że może jednak 80. Jednak pojawiające się zmęczenie i bóle szybko sprowadziły mnie na ziemię. Pozostaje lekki niedosyt, że to jednak na zawodach wybrałem, krótszą trasę. Jednak jak na górski debiut nie jest źle. Trasa nie była łatwa, warunki pogodowe także.
Znam swój organizm i wiem, że nie byłem przygotowany na 80km. Wybór tej trasy wiązałby się z dyskwalifikacją ze względu na przekroczenie limitu czasu lub kontuzji. Muszę pamiętać o tym, że jesienią jest jeszcze jedno biegowe wyzwanie – pobiec maraton dużo poniżej 4 godzin, więc zdrowie trzeba szanować.

Beskid Żywiecki

Zawody zostały jak rok temu, zorganizowane na szlakach Beskidu Żywieckiego. Start w Rajczy a meta w Ujsołach, gdzie wynajęliśmy górską chatkę nad strumykiem. Nocleg w Ujsołach szukaliśmy na kilka miesięcy przed zawodami i powiem Wam, że nie było łatwo znaleźć wolny domek w tym terminie.

Dlaczego Chudy Wawrzyniec – od Hudów Wawrzyńcowych. Lokalnego święta ludowego. Obchody Hudów były tydzień wcześniej, więc nas niestety ominęły ogniska i tańce, Ale w przyszłym roku będziemy i na Hudach i na Chudym.

Ostatnio byłem w górach wiele lat temu. Teraz przypomniałem sobie ten klimat. Kocham góry. Uwielbiam te szlaki, wzniesienia, górskie chatki, potoki, spokój, zapach drewna i wszechobecne szczyty i las. Beskid to także lokalne piekarnie i sklepiki na wioskach. Jak ja dawno nie jadłem tak dobrego pieczywa. Mieszkając na co dzień w Warszawie może człowiek zapomnieć jak smakuje bułka czy chleb z górskiej, miejscowej piekarni. Trzymając się aspektów kulinarnych nie mogę pominąć Gospody u Wandzi i Jędrusia w Milówce. Od wizyty tam pizza już nigdy nie będzie taka sama. Za 12 zł dostaliśmy kawał wielkiej domowej pizzy z duża ilością sera i wielkimi kawałkami mięsa. W życiu nie jadłem tak dobrej pizzy, za tak małe pieniądze. Do tego zamówione góralskie placki ziemniaczane ze śmietaną i boczkiem. Uczta dla podniebienia w niedziele po zawodach. A co, zasłużyłem sobie 🙂

Biała noc

Wrócimy jednak na start. A właściwie to na noc poprzedzającą start w zawodach. Do Ujsoł przyjechaliśmy w piątek w południe. Wysoka temperatura i duchota nie zapowiadały dobrych warunków. Prognozy pogody mówiły o deszczu i burzach. I stało się. Od wieczora do 2 w nocy szalała burza i padał intensywny deszcz. Takiej burzy nie pamiętam. Kierowniczka ośrodka w którym mieszkaliśmy potwierdziła, że takiej burzy bardzo dawno nie było. Pioruny, błyski – koszmar. Planowałem obudzić się o 3.00, żeby zdarzyć się ubrać i dojść pod szkole w Ujsołach na autobus, który miał nas zawieść do Rajczy, gdzie był start zawodów. Nie spałem za wiele. Byłem przerażony. Co jeśli taka burza będzie podczas zawodów. Przecież mogą je odwołać. Na szczęście o 3.00 przestało padać i grzmieć… Ubrałem się, sprawdziłem sprzęt i wyruszyłem. Wychodząc zobaczyłem, że strumyk zamienił się w rwący potok. Oj dużo było tam wody. „Będzie ciekawie” – pomyślałem.

Autobus zawiózł nas pod amfiteatr w Rajczy.

Zawody

3,2,1 start. O 4:35 ruszyliśmy.

zdjęcie(3)Start w Rajczy

Początkowe 6 km to spokojny bieg po asfalcie w tempie ok 6 min/km. Spokojnie, żeby się nie spalić na samym starcie. Pierwsza górka to Rachowiec, gdzie był zlokalizowany punkt kontrolny. W miarę spokojnie udało się przebiec ten fragment trasy. Ostatecznie zdecydowałem się nie brać kijków ze sobą. Nadal nie wiem czy to błąd czy nie. Wiem już, że w dalszej części trasy byłby przydatne. Podbiegi pokonywałem szybkim (początkowo) marszem a zbiegi możliwe szybkim zbieganiem. Na podejściu na drugi szczyt czyli Kikulę pojawił się problem. Mianowicie na podejściu zacząłem odczuwać ból dolnego odcinka kręgosłupa. Ból chyba był spowodowany moja pozycja podczas wbiegania i napięciem mięśni. Był to znak ostrzegawczy i sygnał: „Marcin – za mało stabilizacji. Za mało ćwiczeń„. Na szczęście na dalszej trasie ból minął ale początkowo było to niepokojące i przestraszyłem się. Zbiegi pokonywałem szybko. Nawet udało mi się wyprzedzać zawodników. Podbiegi to niestety było powolne wchodzenie. Noga za nogą. Kijkarze mieli przewagę na podbiegach i mnie wyprzedzili. A na zabiegach ja ich wyprzedzałem.

Na trasie spotkałem Pawła maratoniarz.pl Kawałek biegliśmy razem, pogadaliśmy. Na jednym z podejść jednak leciał za szybko i mi uciekli. Paweł z kolega biegł 80+, jak się potem okazało z sukcesem.

Po nocnej burzy w górach było sporo błota i wody. Całe szczęście póki co nie padało. Gdzieś w oddali było słychać grzmoty. Już po pierwszych kilometrach biegu w lesie, buty miałem całe mokre. Zaleta Cascadii to fakt, ze szybko schną i odprowadzają wodę, Także dało się biec. W plecaku miałem 1,5 litra wody i butelkę 0,5 izotonikiem. Co jakiś czas chwytałem rurkę i piłem wodę. W biegu wciągałem żel, potem zjadałem batona i leciałem dalej. Tak minąłem Kikule i wbiegałem na wysoką Wielka Raczę. W pewnym momencie, gdy chciałem napić się z rurki, zabulgotało w plecaku i okazało się, że nic nie leci. Wypiłem wszystko. Piłem dużo na trasie. Nie mam wody, a do punktu odżywiania na Przełęczy Przegibek jeszcze daleka droga. Byłem trochę w kropce. Na szczęście miałem jeszcze z 0,3 izotonika. Zacząłem oszczędzać płyn.

zzPołowa drogi za mną – schronisko na Wielkiej Raczy

Chwile później wdrapałem się na Wielką Raczę. Było tam schronisko PTTK. To był też półmetek mojej wyprawy. Jak się okazało w schronisku można było zakupić wodę, jedzenie i inne smakołyki. Na szczęście miałem ze sobą pieniądze i kupiłem sobie wodę niegazowana oraz gorąca herbatę. Dość długa kolejka w sklepiku i czas picia herbaty kosztował mnie około 20 minut. To była realna strata czasu. W przyszłym roku nie mogę tak zrobić. Nie miałem jednak wyjścia. Musiałem mieć wodę na dalsza drogę, gdyż do punktu żywieniowego było jeszcze prawie dwie godziny biegu. I tutaj moim zdaniem chyba jest jeden minus całej imprezy. Skoro jest taki charakterystyczny punkt jak schronisko, to tutaj także powinien być punkt odżywiania lub chociaż miejsce gdzie można uzupełnić wodę. Pomijam fakt, ze straciłem 9 zł na butelkę wody i herbatę, bo nie o to chodzi. Kluczem tutaj jest stracony czas. Z drugiej strony ten krótki odpoczynek pomógł mi napierać dalej.

1Gdzieś za Wielką Raczą

Z Wielkiej Raczy dość szybko zbiegałem w dół, wyprzedzając zawodników z kijkami. Czułem się w miarę dobrze. Nogi bolały, ale nie było tragicznie. Zbieg z Raczy to otwarta przestrzeń. Normalnie byłby widać piękny krajobraz. Tego dnia wszędzie było mgliście. Ale miało to swój ogromny urok. Było bardzo klimatyczne. Chatki wyłaniające się zza mgły,
inni biegacze do których dobiegałem. Mistyczne klimaty.

Dobiegłem do punktu żywieniowego. Tutaj starałem się nie tracić czasu. Szybko uzupełniłem wodę, izotonik, zjadłem drożdżówkę i dwa batoniki. Stół na schronisku na Przełęczy Przegibek był obficie zastawiony smakołykami. Ciasto, czekolada i inne pyszności.

Dystans i czas kontrolowałem zegarkiem Sunnto Ambit2, który jest rewelacyjny. Ma absolutnie wszystko a nawet więcej. Jednak za mało byłem z nim zaznajomiony i popełniłem błąd. Widząc, że poziom baterii spadł (jak się potem okazało i tak było jeszcze 50%) chciałem przełączyć w trakcie biegu tryb sportowy z biegania (odczyt gps co 1 sek) na tryb górski (odczyt co 60 sek i oszczędność baterii). Taka zmiana jest możliwa, jednak tak nawciskałem, że wyłączyłem obecny trening i nie mogłem go kontynuować 😦 Za dużo opcji 😉 Od tego momentu wiedziałem, że do mety jest jakieś 13-14 km i miałem to w pamięci. Zegarkiem uruchomiłem nowy trening.

Napierałem dalej. Ale było ciężko, coraz bardziej. Podbiegi to już mozolne wleczenie się krok za krokiem. Nie byłem w stanie zwiększyć tempa. Wyprzedzili mnie kijkarze.

Przed zawodami obawiałem się o swój żołądek. Wciągałem kolejne żele isostara, jadłem batony z Decathlonu oraz czekoladę z orzechami. Nic, wszystko było ok. Jestem dumny ze swojego żołądka 🙂 Tak wielu miało rożne przygody, że się tego obawiałem. Udało się bez sensacji. Ciekawostka to nawadnianie. Podczas zawodów wypiłem 3 litry wody i litr izotonika. Wszystko chyba wypociłem, bo na trasie tylko raz pod koniec dosłownie na chwilę zatrzymałem się za potrzebą.

Dobiegłem do rozwidlenia tras. W lewo 50+ w prawo 80+. Mogłem pobiec i tu i tu. Może przez ułamek sekundy się zawahałem. Zgodne z planem poleciałem w lewo. Ze zdwojoną siła, ponieważ wiedziałem, że to już tylko dycha została. Patrząc na tempa, to powinny być jakieś niecałe dwie godziny. Grzałem dalej. W dół zbiegałem ile sił, ile się da i jak szybko się da. Po kamieniach zwalniałem, aby jednak nie zaliczyć upadku, ale po pewnym podłożu leciałem ile sił. To był wspaniały moment. Wielkie zmęczenie, ale i wielka siła. Ogromny plus dla butów. Wgryzały się w podłoże i byłem w stanie utrzymać równowagę. Nawet na błocie nie ślizgałem się za bardzo. Maksymalnie mokre, całe w błocie dawały radę…

1376329534_3be86f1f1a97bf118b6bb2c75392a7e3Gdzieś miedzy Wielką Rycerzową a Muńcułem
Prawda, że jest pięknie?

Przede mną ostatnie wzniesienie. Piep@#$ Muńcuł. Prawda, że było tam pięknie? Już miałem dość wspinania. Nogi już nie dawały rady. Dlatego piep@#$%. Wiedziałem jednak, że za nim będzie spory zbieg i już będę w drodze na metę w Ujsołach. Na podejściu wyprzedziło mnie kilka osób. Po zdobyciu góry, zaczęło się ostre zbieganie w dół. To był ten moment kiedy poczułem kolejny wiatr w skrzydłach. Zacząłem szybko lecieć w dół. Nogi bolały, kolana prosiły o postój a ja leciałem w dół wyprzedzając kolejnych zawodników. „Lewa, prawa” – wolałem, aby zrobić trochę miesiąca na wąskiej ścieżce. Z mną było kilku takich co lecieli jeszcze szybciej, to ich puszczałem.

Lecę w dół. Widzę już domki w Ujsołach. Biegnę po wąskiej ścieżce, po której płynie woda. Błotniście, mokro i ślisko. No i stało się. Na kamieniu zanurzonym w wodzie źle postawiłem już zmęczoną nogę, zabrakło sił i zaliczyłem glebę uderzając kolanem w kamień. Pojawiła się krew i ból. Całe szczęście bardzo szybko się pozbierałem i z grymasem bólu poleciałem dalej. Adrenalina zadziałała.

Meta

Na mecie pojawiałem się z czasem 08:36:02. Tak ukończyłem swoje pierwsze zawody górskie. Zostałem ultramaratończykiem. Tego uczucia, które mnie ogarnęło na mecie nie da się opisać słowami. To trzeba przeżyć. Spełnienie, radość, satysfakcja – to za słabe słowa.

zdjęcie 1(1)mostek przed metą

zdjęcie 3meta 🙂

zdjęcie 4dekoracja

Kopia zdjęciez najwspanialszym małym kibicem, który wypatrywał taty na trasie

Videorelacja


Krótka videorelacja.

1376395891_3af6c283f6b55839d0f2fef72fff0c72Medal, numer startowy i opaska

Na mecie oprócz medalu i kaszy z mięsem czekało ma mnie pyszne piwo. Wielki plus dla organizatorów za to. Taka mała rzecz a tak ucieszyła. Do wyboru, albo bezalkoholowe, albo smakowe lub klasyczny Lech z puszki. Wybrałem to ostatnie, przelałem do kubka i wypiłem. Takie piwo smakuje inaczej. Sam czułem się inaczej. Szczęśliwy, spełniony. Zrealizowałem cel. Mega zadowolenie.

Sprzęt
– buty Brooks Cascadia 8. Jak napisałem wcześniej, spisały się bardzo dobrze. Bardzo dobre trzymanie na trasie poza jednym upadkiem na śliskim kamieniu. Żadnych bąbli, otarć i innych przykrości. To też na pewno zasługa smarowania stóp Sudocremem, no i oczywiście skarpet Compressport.

zdjęcie 5mokre i ubłocone Brooks Cascadia, które bardzo dobrze się spisały. Dzięki Wam moje towarzyszki

plecak spisał się na „5”. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Największe rozczarowanie to pasek Compressport, na którym możemy zamocować numer startowy oraz włożyć żele. Tak jak na płaskim terenie jest wszystko ok, tak podczas zbiegów pasek się poluźniał przez co cały czas się zsuwał. Musiałem go na nowo ściągać a on i tak podczas szybkich zbiegów zsuwał się. Podczas treningów nie biegałem w sumie górek z tym paskiem, także ten element powiedzmy nie został przez mnie dopracowany na 100%
– zegarek Sunnto Ambit2 to jest petarda jeśli chodzi o zegarki biegowe. Pocisk, który moim zdaniem zdeklasował Garmina. Ma wszystko i jeszcze więcej. Na trasie spisał się bardzo dobrze. Jedynie moje niedouczenie w opcjach i za mała znajomość zegarka spowodowała, że z zawodów mam trzy zapisy zamiast jednego 🙂 Na dniach przeczytacie bardziej obszerną recenzję tej maszynki do odliczania kilometrów.

Ścieżka

Tutaj możecie podejrzeć moje zmagania na trasie. Zapis pochodzi z zegarka Sunnto Ambit2. Wielkie dzięki dla Sunnto Polska za udostępnienie tego rewelacyjnego zegarka na czas zawodów.

http://www.movescount.com/moves/move16987539

http://www.movescount.com/moves/move16987581

http://www.movescount.com/moves/move16987586

Podsumowanie

Z pewnością wrócę za rok. Po to, aby zmierzyć się z trasą 80+. I nie na zasadzie ukończenia gdzieś w okolicach 14-15 godzin. Mam zamiar powalczyć na trasie. Z Chudego wyniosłem ogromne doświadczenie. Wiem jakie błędy popełniłem nad czym należy popracować. Mam rok. Przez ten rok zamierzam ostro popracować i w III edycji Chudego pościągać się już na poważnie. Tak, aby w tym górskim biegu było więcej biegania a mniej marszu.

zdjęcie 2(2) Do zobaczenia za rok

Tydzeń do Chudego – Suunto Ambit2 vs. Garmin Forerunner 610 vs. Timex Run Trainer – wprowadzenie

Sierpień 3, 2013 10 komentarzy

Za tydzień o tej porze, być może będę już na mecie. Być może będę gdzieś umierał na trasie Beskidu Żywieckiego. ZNP trwa w najlepsze. Zespół Napięcia Przedstartowego. Jestem już tak podekscytowany, że odliczam kolejne dni do wyjazdu w góry. Z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej jest coraz większa niepewność, czy jestem przygotowany. Czy dam radę?

Dziś odbył się Maraton Karkonoski. Mistrz górskiego napierania – Marcin Świerc dopiero 9 😦 Wysoka temperatura i przeszło 30 stopni w cieniu z pewnością miało znaczenie. Wielkie gratulację dla wszystkich, którzy ukończyli te zawody, a także dla tych którzy zeszli z  trasy. Sam udział i chęć walki jest dużym osiągnięciem. Także wielkie brawa  dla wszystkich.

Chyba jestem przygotowany. Dziś zrobiłem ostatnie zakupy w aptece. Mam folię ratunkową, plastry na sutki. Kupiłem plastry Compeed na odciski i proszek Dermatol na rany i podrażnienia – dzięki Paweł J. za rady – to może faktycznie się przydać. Sudocrem już miałem. Wcześniej także zaopatrzyłem się w odżywanie. W Decathlonie kupiłem batony, żele Isostara oraz tubki z BCAA taj samej firmy.

Jutro na 20 km wybiegnie, ubieram się tak jak na Chudego i zabieram cały ekwipunek, aby ostatecznie wszystko sprawdzić.

redfruits

Trochę nieoczekiwanie Chudy Wawrzyniec będzie wiekiem testem trzech zegarków biegowych. Rywalizować miedzy sobą będą: Garmin Forerunner 610, o którym pisałem tutaj, Timex Run Trainer 1.0, którego recenzję przeczytacie na blogu za kilka tygodni. W przypadku Timexa zastanawiałem się czy jest sens recenzować zegarek, który doczekał się już kolejnej, ulepszonej wersji 2.0, która miała niedawno premierę. Myślę, że warto przyjrzeć się bliżej wersji 1.0, gdyż teraz jest ten model dość atrakcyjny cenowo. Na koniec, jako trzeci zegarek absolutna perełka: nowiutki Suunto Ambit2. Od dłuższego czasu czaiłem się na ten zegarek. Wtedy była jeszcze (jak w przypadku Timexa) wersja 1. Wiosną tego roku pojawił się Ambit2. Zegarek wizualnie prezentuje się super. Jest to jedyny mi znany model zegarka sportowego z gps, który spokojnie można nosić na co dzień do jeansów i koszuli. Zaraz po Chudym zobaczycie video recenzję Ambita2. Postaram się w niej odpowiedzieć na pytanie czy zegarek wart jest swojej wysokiej ceny. A ta nie jest mała. Nowy zegarek w wersji Sapphire kosztuje przeszło 2,5 tys złotych.

zdjęcieod lewej: Garmin Forerunner 610, Timex Run Trainer, Suunto Ambit2
Jak zobaczycie na Chudym  kolesia biegnącego z trzema zegarkami – to będę Ja – żarcik 🙂

Suunto Ambit 2

Global-ProductImages-Suunto-Ambit2-Suunto-Ambit2-Sapphire-ss019182000_l


to odbiornik GPS dla odkrywców i sportowców. Oferuje wszystko, czego potrzebują sporty outdoorowe — nawigację, pomiar prędkości, tętna i wysokości, warunki pogodowe oraz funkcje związane z bieganiem, jazdą na rowerze i pływaniem. Tysiące aplikacji Suunto Apps umożliwiają rozbudowę zegarka o nowe funkcje. Trwała obudowa wzmocniona włóknem szklanym i czas pracy akumulatora 16/50 h to urządzenie Suunto Ambit2, które jest gotowe na każdą przygodę.

Zaawansowane funkcje outdoorowe i multisport

  • Wysokość barometryczna korygowana wysokością GPS (FusedAlti)
  • Przełączanie pomiędzy trybami sportowymi podczas rejestrowania treningu
  • Obsługa rowerowego sensora mocy
  • Metryki pływackie

Personalizacja zegarka przy pomocy ponad tysiąca aplikacji Suunto Apps

  • Nachylenie terenu
  • Przewidywany czasu ukończenia pełnego maratonu w czasie rzeczywistym
  • Ghost Runner (trening z wirtualnym biegaczem; prędkość docelowa, wskazówki dotyczące biegu: szybciej / wolniej)
  • Tysiące innych aplikacji

Solidna konstrukcja z długim czasem pracy akumulatora

  • Wodoszczelność do 100 m (ISO 2281)
  • Akumulator z maksymalnym czasem pracy do 16 godzin (rejestrowanie pozycji GPS co 1 sek.) i 30 dni w trybie normalnym zegarka
  • Obudowa BuildToLast i wysokiej jakości materiały

Dziś przebiegłem pierwsze 10 km z Ambitem. Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Bardzo duża Ilość dostępnych danych podczas biegu robi wrażenie. Odczyt tempa chwilowego i czas reakcji na jego zmianę jest bezkonkurencyjny. Wydaje mi się, że tutaj Garmin wysiada. Podoba mi się funkcja wyznaczania trasy, która będzie bardzo przydatna, zwłaszcza w górach. Można sobie wyrysować trasę w Google Maps, zaimportować do Ambitu i podążać wyrysowaną ścieżką. Jest jedna wada. Zegarek jest dość ciężki. Trzeba się do niego przyzwyczaić. Cały czas podczas biegu wiesz, że go masz. Jestem przyzwyczajony do „plastikowych” zegarków i tutaj waga Ambita jest odczuwalna. Ale czy to do końca wada? Powiem Wam za kilkanaście dni. Uwierzcie mi, że zabawy i dostępnych opcji jest masa. Idę się bawić 🙂

Jutro długie wybieganie, ostatnie przed godziną X. Nadal nie  wiem co lepsze, czy słońce czy deszcz. Patrząc na Karkonoski dziś, to chyba deszcz jest lepszy…

Chudy Wawrzyniec – zostały trzy tygodnie

Lipiec 21, 2013 17 komentarzy

Zostały trzy tygodnie do Chudego. Niewiele już mogę poprawić. Teraz muszę myśleć o tym,  aby niczego nie zepsuć. Nadal mam świadomość, że biegam za mało. Cztery treningi tygodniowo i jakieś 50-60 km to jednak nie jest dużo. Ograniczony czas nie pozwala biegać więcej. Mam nadzieję, że jakość tych treningów jest optymalna i nie odetnie mnie na trasie. Po wczorajszym treningu (20 km wybiegania połączone z bieganiem po górce) zdecydowałem, że nastawiam się ostatecznie na trasę 50+ (jakieś 55km). Na prawdziwe ultra przyjdzie czas w przyszłym roku, kiedy będę miał lepszą stabilizację (ciągle za mało ćwiczeń stabilizacyjnych), a przede wszystkim doświadczenie w bieganiu po górach. Nie wiem co musiałoby się stać i jak musiałbym się dobrze czuć, aby na 40 kilometrze skręcić w prawo i wybrać trasę 80+ (85km). Nie jestem na to gotowy. Mój cel na Chudy Wawrzyniec to minimum: dobiec do mety w limicie czasu w dobrym zdrowiu. Plan optymalny to przebiec trasę w sensownym czasie i napierać ile się da. 7-8 godzin będzie chyba dobrym wynikiem. Obawiam się o pogodę. Gdy będzie padać, jak rok temu, to nie będzie wesoło. Mam nadzieję, że teraz będzie znacznie mniej wody i błota na trasie.

1011498_547152242015861_1579175187_n

Przygotowania trwają. Liczę na to, że start w Chudym pomoże mi zrealizować inny cel na 2013. Czyli w końcu przebiec maraton poniżej 4h i to ze sporym zapasem. 3:45 – tyle zakładam. O realnym czasie pomyślę po Półmaratonie Tarczyńskim w połowie września. Aha, czy mówiłem już, że w tym roku maraton biegnę w Poznaniu? Nie – no to mówię 🙂

Taktyka

Trenuje dużo podbiegów. Nie ma opcji żeby to nie przyniosło pozytywnych efektów. Najbardziej jednak obawiam się zbiegów. Wiem, że do tego potrzeba odpowiedniej techniki. Ja jej nie mam. No bo skąd na płaskim terenie mam niby mieć. Nie da się wszystkiego wytrenować na Górce Szczęśliwickiej czy Kopie Cwila.

Kopa Cwila – fot. Wikipedia

Nie biegałem jeszcze o 4 nad ranem, także to będzie dla mnie nowe doświadczenie. Będę biegł w półśnie 🙂 Kluczem do dobrego samopoczucia jest spokojny start. Bez rwania do przodu. Podbiegi lekkie będę pokonywać biegiem. Na tych bardziej stromych będę przechodził do marszu. W drugiej fazie biegu będę korzystał chyba z kijków. Zwłaszcza Wielka Racza i Wielka Rycerzowa. Tak przynajmniej wskazuje profil trasy. Na początku będę napierać do góry opierając ręce na nogach. Taki sposób wspinania się chyba jest dobry. Gdy zabraknie sił użyję kijków. Najgorsze będą paradoksalnie zbiegi. Tam można najwięcej zyskać ale i stracić. Nie mam opanowanej techniki zbiegu. Będę się uczył na trasie. Zakładam, że w drugiej części trasy mięśnie będą na tyle zmęczone, że szybkie zbieganie będzie niemożliwe. Zawsze jednak można przymknąć oczy i lecieć…. 🙂

Sprzęt

Najważniejsze są buty. Pobiegnę w trialowych Brooks Cascadia 8. Pisałem o nich jakiś czas temu. Biegam w nich regularnie. Moje stopy bardzo je lubią. Są wygodnie, dobrze trzymają stopę i co najważniejsze, są na tyle wybieganie, że można je zabrać na górskie zawody. Nadal rozważał zabranie zapasowej pary butów na przepak. Może zabiorę Nike Lunarglide 4 w razie czego,  gdyby coś stało się na trasie z Brooksami. Jeszcze zobaczymy.

Krótkie, czarne leginsy Asics.  Są obcisłe,  przez co minimalizuję ryzyko wystąpienia otarć. Po odpowiednim nasmarowaniu kremem powinno być wszystko ok. W krótkich, luźnych spodenkach na dłuższych dystansach niestety jestem dość poobcierany i nie potrafię rozwiązać tego problemu. Dlatego decyzja o leginsach.

————–
Mateusz w komentarzach napisał o kompresji. Zapomniałem tutaj o tym napisać  🙂  Oczywiście na zawody zabieram skarpety kompresyjne COMPRESSPORT Full Socks,
które są towarzyszem podczas weekendowych wybiegań. Biegam w nich od listopada 2012 i jestem zdania, że kompresja działa, a skarpety przynoszą ulgę i przyśpieszają regenerację. Jakość wykonania tych skarpet jest na bardzo wysokim poziomie. Wiele innych skarpet po pół roku użytkowania posiada widoczne oznaki przetarć, zmechaceń. W Compressportach tego nie ma.

————–

Koszulka to albo czerwona Drużyny Szpiku na krótki rękaw albo moja ulubiona, treningowa niebieska Nike z Praskiej Dychy. Obie maja ze sobą setki kilometrów i są dobrze przetestowane.

Kurtka
Jeszcze nie mam ale mam zamiar zakupić w Decathlonie taką zwykłą biegową wiatrówkę . Coś muszę mieć w razie deszczu, wiatru lub niskiej temperatury. Najważniejsze żeby złożona zabierała mało miejsca w plecaku.

Kijki
Zabiorę ze sobą. Nie zakładam raczej dużo z nich korzystać, ale mogą się przydać. Nigdy nic nie wiadomo. Lepiej mieć kijki, jak szukać na trasie jakiegoś badyla. Mam zamiar jeszcze trochę pobiegać z kijkami, aby bardziej się z nimi zaznajomić. Nie kupowałem ich. Dostałem je od rodziny. Są to (chyba) dość zwykle kijki trekingowe. Składa się je na trzy części i są dość lekkie. Mam porównanie z RaidLight i ANT z napieraj.pl Oczywiście pewnie nie są tak wytrzymałe i wygodne, ale jak na ten jeden raz powinno być ok.

zdjęcie

Plecak
Decathlonowy plecak QUECHUA RT Team 10l wypróbowany na weekendowych wybieganiach. Muszę dobrze zaplanować jego zapakowanie. Wszystko musi być ułożone i maksymalnie wygodne podczas biegu. Plecak w sumie jest świetny. Jedynie co przeszkadza mi to rurka od bukłaka, która dość często się zsuwa i zaczyna latać podczas biegu. Nie mogę jej skrócić i włożyć głębiej do plecaka ponieważ się zagina i nie można pić. Nic nie leci. Muszę jeszcze nad tym popracować. Najgorsze są szybkie zbiegi z plecakiem. Wtedy to rurką już kompletnie lata na wszystkie strony i się wysuwa. Poszukam jakiegoś rozwiązania.

Lampka Petzl TIKKA2, którą mam od dwóch lat. Kupiłem ja z myślą o wieczornym zimowym bieganiu. W mieście zdała egzamin. Zasięg światła to 29 metrów. Czy w beskidzkich ciemnościach będzie ok? Myślę, że nie gdyż strumień światła jest dość krótki, jednak ilość biegaczy na starcie w odpowiedni sposób oświetli drogę. To tylko mniej więcej jedna godzina do czasu kiedy wstanie słońce, więc damy radę. Zanim zawodnicy się rozbiegną to minie kilka kilometrów a wtedy będzie już jasno.

Buff to bardzo fajna i przydatna rzecz. Można zrobić czapkę, opasek lub na przykład chustę. Może się przydać. Nic nie waży a może ochronić głowę lub szyję. Zabieram 🙂

Dodatki: telefon, folia ratunkowa, podręczna apteczka, krem, kasa, mapa
Mapę dostanę od organizatorów. Trzeba mieć przy sobie ponieważ zagrożenie pomylenia trasy lub co gorsza – zagubienia się jest spore. Właściwie to jest jedyna rzecz, której się obawiam w kontekście zawodów. No może jeszcze kontuzja. Tego też się boję. Dlatego będę miał ze sobą telefon oraz podręczną apteczkę (bandaż, plastry). Na ręce obowiązkowo opaska ICEstripe w razie poważniejszego wypadku i utraty świadomości. Folię NRC zabieram głównie z myślą o ogrzaniu się, w razie pogorszenia pogody. Jest możliwość, że w sierpniu w górach będzie tylko kilka stopni.

Zegarek bez pulsometru. Nie ma sensu i potrzeby. Zabieram sprawdzonego Garmin Forerunner 610 bez paska. Mam nadzieje, że bateria wytrzyma cała trasę.
Może uda mi się zorganizować na czas zawodów coś super fajnego – nowego Sunnto Ambit2 🙂 To dopiero byłaby zabawa, zobaczymy….

Odżywianie

I tu jest mały problem. Co prawda testuje na trasie jedzenie, ale nie wiem jak po 5-6 godzinach będzie się zachowywał mój żołądek. Temat odżywiania nadal jest otwarty. W bukłaku będzie oczywiście woda, do tego bidon z izotonikiem i żele. Zabieram do plecaka także banana oraz czekoladę. Na przepaku spróbuje zjeść jakieś kanapki. Pewnie skuszę się na rodzynki inne suszone owoce. Czy to wystarczy?

Nocleg
Na zawody jadę z rodzinką. Spędzimy w górach kilka dni.  Udało nam się znaleźć domek w Ujsołach,  także z mety do domu nie będę miał daleko 🙂 Liczę na wsparcie moich osobistych kibiców na trasie.

Zdjęcia
Biorąc udział w takich zawodach człowiek chciałby mieć pamiątkę w postaci dokumentacji zdjęciowej. Całe szczęście będę miał osobistego fotografa, który będzie mi robił zdjęcia 🙂

mateuszekaparatOsobisty fotograf 😉

Co o tym wszystkim myślicie. Jakieś rady dla debiutanta? Czy zapomniałem o czymś ważnym?

Chusta BUFF – co to i po co?

Lipiec 8, 2013 2 komentarze

Urlop, urlop i po urlopie. Także na blogu pozwoliłem sobie na odpoczynek od pisania. Mam spore zaległości, więc teraz będę pisał dość często 🙂
Na pierwszy ogień idzie BUFF. Przez kilka najbliższych tygodni będę dla Was testował ten produkt. Ale czymże jest BUFF? To wielofunkcyjna chusta, z której możemy zrobić szalikopaskę, bandankę, gumkę do włosów, piratkę na upalne dni lub czapkę czy kominiarkę przy mniej sprzyjającej aurze. Ja będę używał BUFFa głównie z myślą o Chudym Wawrzyńcu. W górach może to być bardzo przydatny gadżet. Jak na razie jestem zachwycony wielofunkcyjnością BUFFa i jakością materiału, z którego jest wykonany.

HOW_TO_WEAR_ICONS

Do testów otrzymałem wersja High UV Protection Buff®  od firmy Malavi, która jest wyłącznym dystrybutorem na rynek polski marki BUFF.

buff

Model ten to wszechstronny dodatek, który w zależności od pogody chroni Cię przed prażącym słońcem, wiatrem czy  kurzem. Wykonany jest  z elastycznego, bezszwowego materiału Coolmax, który posiada wysoki filtr UV 95%.  Buff  Coolmax dzięki swoim właściwościom chroni naszą głowę przed szkodliwymi promieniami słonecznymi jednocześnie dając nam miłe uczucie chłodu.

W połowie sierpnia powiem Wam, czy chusta Buff jest przydatnym dodatkiem dla biegacza. Czy warto się w nią zaopatrzyć, zwłaszcza przed okresem jesienno-zimowym.
Tak jak pisałem na początku; zaległości dość sporę, więc w następnych dniach przeczytacie recenzję: Garmin Forerunner 10, butów do biegania z Lidla oraz opaski ICEstripe.

Podróż w czasie – relacja z Chudego Wawrzyńca 50+ 2012

Czerwiec 16, 2013 Dodaj komentarz

Przedstawiam Wam relacje z zeszłorocznego Chudego Wawrzyńca.  Relacja została napisana przez Pawła Jaczewskiego z Obi-Boki Running Crew. Biegając po górach Beskidu Żywieckiego, Paweł był w połowie okresu przygotowawczego do debiutu w  Maratonie Poznański. Jako ciekawostkę warto podać, że maksymalny dystans jednorazowy jaki wcześniej przebiegł Paweł to 25 km. Także tym bardziej wielkie gratulację dla Pawła, że udało się ukończyć te trudne zawody.

W ramach wstępu suche fakty. Trasa 50+ miała według różnych pomiarów od 52-53,5 km, więc przyjąłem że miała 52 km, co by się zgadzało z moim odczuciami (5 punkt pomiarowy był na 48km i  do mety moim zdaniem nie było 5 km). W sumie wiec przebiegłem 52 km + 1 km (o tym napiszę za chwilę), suma podejść/zejść: 2117/2064, w 9 h 21 min 49 sek.

A teraz od początku …

Start był o 4 rano, a że miał on miejsce w miejscowości obok i zawoził nas do niego autokar, pobudkę mieliśmy o 2.40, czyli spaliśmy z Patrykiem (kolega z którym pojechałem) niecałe 4h. Wieczorem przygotowaliśmy cały „sprzęt” więc rano tylko się ubraliśmy, do autobusu i na linię startu. Generalnie, w mojej kategorii wagowej, nie widziałem nikogo (ale było nas 271 osób, wiec mogłem nie zauważyć). Cała reszta wyglądała dość profesjonalnie i nie mówię o ewentualnych kosztach strojów, ale o stalowych łydkach i masie oscylującej w granicach 40-65 kg 🙂  –  Paweł pisał, że jego waga wynosiła wtedy 95 kg.

zdjęcie 1foto: Marcin Franke

O 4.00 równo ze startem zaczął padać deszcz, zgodnie zresztą z prognozą, ale prognoza przewidywała przelotne opady od 4-8, a w rzeczywistości padało przez cały dzień, a momentami lało 🙂 Na początku biegu żałowałem ze nie kupiłem sobie jakiejś lekkiej przeciw deszczówki, ale później widziałem, że nie ma kurtki, która da ochronę przed deszczem przez 9h więc tylko by mi przeszkadzała. Jeśli chodzi o ciuchy to wystartowałem w bluzie z długim rękawem (w plecaku miałem koszulkę techniczna z biegu Powstania), trailowe spodenki do kolan (Nike dry fit), buty nowe Brooks Cascadia 7 (tego się strasznie balem, bo krotko je testowałem, ale sprawdziły się niesamowicie, ani jednego pęcherza nie mam na nodze), skarpetki Nike dry fit, też bardzo fajne, krótkie stuptuty, no i na głowie buffiego.

Ale wracając do biegu.  Pierwsze 7 km było po asfalcie po ciemku, ale że był „tłum” to nie odpalałem nawet czołówki, tempo troszkę jak zwykle przesadzone pierwsze 3 km w tempie 6.05 min/km, potem 5:40 min/km, jak zaczął się szutr i podejście od razu zobaczyłem, że Patryk ma znacznie lepszą technikę podejścia i powiedziałem mu żeby leciał (i dobrze skończył z czasem 7:33, a i tak miał swoje problemy) ja sam odpaliłem czołówkę, bo zaczęła się ścieżka i tempem grupy ruszyłem pod górkę. Po 1h15m dotarłem z tą grupką do punktu kontrolnego na 10km (450 m przewyższenia) i napierałem w ich stylu czyli podejścia marsz, płasko i w dół zbieganie (tutaj zobaczyłem wielki plus cascadii, mimo mokrej nawierzchni błota i trawy, świetnie się trzymały podłoża i mogłem naprawdę niezłym tempem zbiegać – oczywiście znacznie odbiegającym od czołówki 🙂 ale udawało mi się wyprzedzać niektóre osoby. Mniej więcej na 13/15 km zjadłem pierwszy żel (isostar jabłkowy paskudny w porównaniu z ludzkim jedzeniem, ale naprawdę dobry w porównaniu z reszta z chemii). Cały czas napierałem stosując technikę w górę marsz/płasko i w dół bieg.

Na około 17/18 km trafiłem na przysłowiową „ścianę” psychiczno–fizyczną. Było to na dość stromym (ale wtedy wydawało mi się pionowe – w rzeczywistości było do pokonania 300 m przewyższenia) podejściu – miałem zadyszkę, starałem się trzymać tempo podchodzenia osób przede mną, nie wiedziałem gdzie jestem i czy mogę pić (nie mam doświadczenia ile wypijam z camelbacka, a jak się później okazało miałem jeszcze cale mnóstwo isostara w bukłaku) zaczęły mnie nachodzić same czarne myśli, że nie dam rady, że przeliczyłem się, że to głupota, że chyba póki jestem w stanie powinienem zejść do drogi, że buty na pewno wywołają pęcherze i otarcia itp. itd. – i wtedy po raz pierwszy stanąłem, zszedłem ze szlaku żeby nie hamować drogi i zatrzymałem się na około 30 sek. żeby uspokoić oddech. Ruszyłem dalej ale po 20 metrach nic się nie zmieniło myśli te same, zadyszka, dramat. Zszedłem ze szlaku, trochę było mi wstyd, że jak ktoś na mnie patrzy to myśli „o proszę pierwszy odpada” wiec poszedłem w krzaki, (w wiadomym celu) napiłem się tak żeby czuć, że zaspokoiłem pragnienie, ciśnienie trochę opadło i stwierdziłem, że trudno, muszę coś zmienić bo nie dam rady, mam gdzieś innych, ważne żebym dotarł chociaż do 1 schroniska (28 km). Wróciłem na szlak i śmieszne bo przypomniałem sobie jak się chodzi po górach, że w zasadzie to nie bieg, a klasyczna wędrówka górska, których w życiu „kilka” zaliczyłem i skupiając się na kroku i odpowiednim stawianiu za każdym razem stopy ruszyłem do przodu. Krok za krokiem, skupiając się na tym żeby nie dostawać zadyszki i myśląc tylko o oddechu i kroku parłem do przodu.

zdjęcie 2 foto: Marcin Franke

Od tej pory stwierdziłem ze będę biegał tylko kiedy będę sie dobrze czul, a generalnie do schroniska będę maszerował. Okazało się, że nie jest to głupi pomysł, bo mimo iż na płaskim i zbiegach osoby mnie wyprzedzały, to na podejściach doganiałem je i w zasadzie były cały czas w zasięgu mojego wzroku, przy łatwych zbiegach i na płaskim włączałem bieganie wiec tempo też miałem niezłe (działało mi wtedy jeszcze endomondo i jak później sprawdziłem miałem 3km w tempie około 6:40 min/km). Wtedy zaczęło sie wejście na najwyższy szczyt (ponad 1200m, 300 m do pokonania) i technika sie sprawdzała, przegoniłem sporo osób co mnie wyprzedziły wcześniej, dołączyłem się do grupki co szła odpowiednim dla mnie tempem i z nimi dotarłem do schroniska.

28 km godzina 8:00 czyli 4h biegu. W schronisku zamówiłem herbatę (marzyłem o niej już od około 2h) 2 butelki wody, żeby uzupełnić bukłak i… piwo 🙂 Herbatę wypiłem od razu, uzupełniłem bukłak (wtedy okazało się, że spokojnie mogłem pić więcej, bo wypiłem około litra z 2,5, wiec po wlaniu 1,5 miałem teraz 3 litry isotoniku), wziąłem 3 łyki piwa (czytałem że na tego typu biegach fajnie sobie robić niespodzianki, typu na „przepaku” załadować puszkę coli, cukierki itp – piwo to była moja przyjemność) i co najważniejsze założyłem pod bluzę koszulkę z biegu powstania (i cale szczęście bo na następnym odcinku lalo jeszcze bardziej). Niezbyt chętnie, ale opuściłem ciepłe schronisko i ruszyłem na następny deszczowy 11 km odcinek.

Początek był ciężki, bo było mega zimno lalo i wiało, ale było z górki lub płasko więc truchtając szybko sie rozgrzałem, niestety błoto było tak wielkie, że w pewnym momencie wywinąłem orła przy zbiegu i w błocie pojechałem z 2/3 m. Stwierdziłem wtedy że trudno wracam do marszu i zachowam siły na finisz. I dalej technika szybkiego marszu zacząłem wyprzedzać kolejne osoby, szczególnie te z patykami. Śmiesznie, bo czasami z niektórymi bawiłem sie w „ciuciubabke” przez 20 min, ale koniec końców wszystkich wyprzedzałem i już nikt mnie z nich nie dogonił. W zasadzie od schroniska do mety wyprzedziło mnie w sumie około 15 osób (większość „napieraczy” wyprzedziła mnie na pierwszym odcinku ;), a ja wyprzedziłem spokojnie ze 20 osób.

Też od tego momentu, pomijając doganianie i wyprzedzanie, raczej byłem sam na szlaku, więc mogłem sobie gadać do siebie klnąc na trasę (zapomniałem już co to teren górski i że 1 km takiego samego podłoża to rzadko się zdarza. Pomijając, że wszędzie było błoto, to było błoto w trawie, błoto pomiędzy korzeniami, błoto z kamykami, płynące błoto i morza błota…itd :). 2 godziny zajęło mi pokonanie tych 11 km jak wpadłem na następne schronisko byłem mocno wychłodzony (miałem skostniałe ręce tak że w ogóle nie wyczuwałem obrączki), wypiłem wiec 2 herbaty, otworzyłem 2 żel energetyczny i zobaczyłem faceta, który pakuje folie NRC pod kurtkę. Stwierdziłem, że to niezły pomysł więc na koszulkę owinąłem się folia i na to nałożyłem bluzę i wybiegłem w sumie w schronisku spędziłem 10-15 min.

Do schroniska trzeba było zboczyć z trasy więc wracając mijało się osoby, które szły do schroniska i nagle tuż przed wejściem na „mój” odcinek trasy facet mijający mnie pyta się po góralsku czy to ‚ja jestem pomocą”. Zdziwiony zapytałem się o co chodzi, a on po góralsku mówi że tam leży facet, że jego kumpel owija go folia NRC, ale że „licho z nim” to mówię mu, że niech on idzie do schroniska po pomoc, a ja pobiegnę pomóc jego koledze. Po jakiś 500 m (3/4 min biegu) dobiegłem do nich, ale już jakiś inny biegacz dobiegł do nich i też zaczął pomagać wiec chłopak już wstał i powoli go prowadzili. Chłopak chyba się przeliczył, bo był blado przezroczysty, cały drżał i chyba ostro dała mu się we znaki temperatura (odczuwalna była 8C więc przy tym deszczu było naprawdę zimno). Góral podziękował mi i jak dowiedział się że do schroniska jest około 10 min kazał mi wracać na szlak, no i ruszyłem. Pewnie ze względu na adrenalinę, naprawdę trudne podejście szybko pokonałem (a były momenty że i rękami musiałem sobie pomagać, bo były wychodnie skalne) i dotarłem do rozejścia 50 i 80 km, szczęśliwy, wiedząc że już końcówka, ruszyłem na ostatni odcinek.

Na początku było fajnie bo łąki, otwarta przestrzeń, folia dogrzewała, bo w rekach wróciło czucie, wiec znowu zacząłem trochę biec, niestety okazało się że to nie koniec  i przede mną jeszcze jedno podejście i co gorsza bo beznadziejnej trasie „zwózki drewna” czyli generalnie tony kamieni, drewna i błota… Ale nie to było najgorsze, najgorsze okazało się 5 km zejście…

Mięśnie nie przyzwyczajone po 2 km zaczęły boleć, po 3 km parzyć, po 3,5 chciałem sobie je odrąbać 🙂 Wyszły niedostatki w treningu, próbowałem trochę zbiegać (zmieniając przez to mięśnie, które pracują i dając odpoczywać innym) ale i tak nogi miąłem tak zmęczone że wszystko mnie bolało. Pod sam koniec machnęło mnie jeszcze 2 typów, którzy non stop biegli, troszkę za jednym pobiegłem, ale dałem za wygrana.

Koniec – jak wybiegłem na asfalt, to mimo że go nie trawię, to prawie go ucałowałem 🙂 Wiedząc, że to ostatnie metry, czując się w swoim terenie, przyśpieszyłem przegoniłem jeszcze faceta, co nie miał siły biec i po 9h 21 min 49 sek przebiegłem przez metę 😀

 

Plecak biegowy RT Team 10L QUECHUA – Chudy Wawrzyniec – cz.2/2 – sprzęt

Maj 31, 2013 8 komentarzy

Dwa miesiące temu pisałem o przygotowaniach do „Chudego”. W tym odcinku będzie trochę o sprzęcie i akcesoriach jakie zamierzam ze sobą zabrać na zawody. Kompletna check-lista będzie dopiero opracowana i opisania. Na dziś kilka informacji głównie o plecaku do biegania, ale nie tylko.

zdjęcie 4(2)

Quechua RT Team 10l

zdjęcie 2(3)

Plecak do biegania po górach – RT Team 10L QUECHUA z sieci Decathlon.
Biegnąc w górskim ultra maratonie jedną z pozycji obowiązkowych jest plecak do biegania. Plecak, w którym można schować odżywianie, płyny, środki pierwszej pomocy i inne przydatne rzeczy. Plecaka szukałem od kilku tygodni. Czytałem i analizowałem. Wybór plecaków biegowych jest dość spory. Poszukiwałem niewielkiego rozmiarem, lekkiego, 10-cio litrowego plecaka, takiego, który będzie optymalny na zawody. Plecaki do biegów górskich są generalnie drogie. Takie marki jak RaidLight, Inov-8 czy Salomon można kupić za kilka stówek. Zadałem sobie pytanie czy na moim poziomie biegowym i ilości zawodów górskich w jakich startuje (słownie jeden w tym roku) wydawanie takiej kasy ma sens. Z pomocą przyszła mi znana sieciówka ze sprzętem sportowym oraz dwie recenzje znalezione na sieci. Recenzja Marcina jednego i Marcina drugiego (kolejność przypadkowa). I tak w moje ręce trafił niedrogi, ponieważ kosztujący niecałe 150 zł plecak Quechua RT Team 10l.
Plecak ma pojemność 10 litrów i jest w sumie dość lekki – 320g. W zestawie znajduje się oczywiście bukłak, który może zostać zalany wodą lub izotonikiem. Instrukcja obrazkowa zabrania wlewać do środka piwa. Ciekawe dlaczego 🙂

zdjęcie 1(2)Bukłak

zdjęcie 1(3)Ustnik rurki. Dla naszego bezpieczeństwa plecak posiada także gwizdek.

Zaletą plecaka jest kilka łatwo dostępnych kieszeni. Jedna zewnętrzna na suwak, dwie w pasku oraz dwie elastyczne na bidon lub kijki.

zdjęcie 3(2)Kieszeń w pasku

zdjęcie 3(3)Zewnętrzna kieszeń

zdjęcie 2(2)Elastyczna kieszeń na bidon lub kijki

Pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne. Plecak dobrze leży, a możliwości regulacji pozwalają na odpowiednie dopasowanie. Pierwszy mały test jutro podczas dwugodzinnego wybiegania. Bardziej poważny już za tydzień podczas zawodów 3. CROSS MARATON NAD PILICĄ. Te podobno niełatwe zawody będą kolejnym sprawdzianem przed sierpniowym startem. Trasa zawodów poprowadzona została w lasach przylegających do rzeki Pilicy i biegnie 7-kilometrową pętlą. Jestem ciekaw jak tam będzie. Dwie poprzednie edycje były zorganizowane na wysokim poziomie. Mam nadzieje, że w tym roku będzie podobnie.

trasaTrasa zawodów 3. CROSS MARATON NAD PILICĄ

W zawodach oczywiście pobiegnę w Cascadiach, których recenzje mogliście przeczytać kilka dni temu. But idealny na takie zawody. Będzie to kolejny sprawdzian butów w trudnym terenie. Przed „Chudym” trzeba je porządnie zmieszać z błotem 🙂

Kije trekkingowe
Trudny temat. Nadal się zastanawiam czy brać na zawody czy nie. Jeśli brać to musiałbym je mieć najpóźniej na początku lipca, ponieważ z kijami trzeba też nauczyć się biegać. Wybór kijków jest w sumie ograniczony i niewielki. Od typowo biegowych, ultralekkich i wytrzymałych RaidLightów za grubą kasę poprzez bardzo tanie i pewnie badziewne (oraz ciężkie) kijki do wędrówek górskich za kilkadziesiąt złotych. I znowu pytanie. Czy na jedne zawody jest sens wydawać 200 – 300 zł na kijki? Chyba nie…. a może jednak…nie atakuję rekordu świata. Możne znaleziony badyl wystarczy…

Pasek na numer startowy COMPRESSPORT
Wydatek niewielki a rzecz bardzo przydatna. Za pomocą tego paska możemy zamocować numer startowy bez konieczności przekuwania agrafkami naszych koszulek do biegania. Dodatkowo pasek ma dodatkowe kieszonki na żele. Przetestowane już podczas trzech startów. Pasek spełnia swoją funkcję. Nie przeszkadza i jest wygodny.

Co dalej…
Biegać, biegać i jeszcze raz biegać. Mam świadomość, że tygodniowa ilość treningów oraz kilometraż nie zachwyca. Znowu mało. Za tydzień Cross Maraton, który pobiegnę na spokojnie. Za dwa tygodnie już mocniejszy akcent, ponieważ Bieg Ursynowa gdzie mam zamiar poprawić życiówkę na 5 km. Czy uda się złamać 21:50? Czas pokaże. Jest jeszcze trochę czasu aby porobić interwały i nadrobić stracony czas.

Było o fenomenalnych Cascadiach a dosłownie za kilka dni będzie o fantastycznych Nike Flyknit One. Jestem w połowie pisania recenzji. Jeszcze zrobię kilka zdjęć i będę mógł opublikować tekst. Obiecuję 🙂

Dziś Bieg Rzeźnika. O tej porze już chyba większość zawodników jest na mecie. Niektórzy przegrali walkę, inny ją wygrali. Ja do swojej rzeźni mam jeszcze dwa miesiące. Wiem, że będzie bolało. Ale domyślam się także co będę czuć na mecie. Gratuluję wszystkim, którzy w Rzeźniku wystartowali i tym, którzy go ukończyli.

Bieg Łosia – relacja, Chudy Wawrzyniec – cz.2/1 – przygotowania

Kwiecień 6, 2013 2 komentarze

Mam Łosia, ale tego prawdziwego nie widziałem...
Plan był inny. To miał być bieg w temperaturze około kilkunastu stopni (oczywiście na plusie). Miało być zielono i przyjemnie. Miała być piękna, świeża trawa. Miał to być typowy bieg trialowy po lasach Puszczy Kampinoskiej.

Niestety wszyscy widzą jak jest z pogoda. Nie ma sensu się rozpisywać na ten temat. Tak więc tegoroczna edycja Biegu Łosia odbyła się w iście zimowej scenerii. Śnieg po kostki, temperatura delikatnie na plusie.

Bieg Łosia to dość nietypowe zawody ze względu na dystans – 17 km. Taka oryginalność cieszy. Dobrze, że organizator na sile nie skraca, ani nie wydłuża dystansu. Taka formuła to plus tych zawodów. Organizatorem zawodów są ekobiegi.pl Na starcie pojawiło się około 300 zawodników. Start i meta zarazem zlokalizowana była w Dziekanowie Leśnym.

Zawody te traktowałem jako szybszy trening. Forma testu przed sierpniowym „Chudym”. Nie nastawiałem się na czas. Założyłem, że w 1:30 powinno się udać przebiec 17km i poprosiłem małżonkę, aby czekała na mnie z synkiem na na mecie około 11:30 (pomyliłem się jak się potem okazało o niecały kwadrans).

Wstępnie planowałem pobiec w końcu w krótkich spodenkach. Niestety po raz kolejny trzeba było założyć długie legginsy. Na nogi założyłem trialowe Brooks Cascadia 8, które mam od 4run.pl. Zawody te miały być testem tych butów – tylko aura miała być inna. Tak czy inaczej, w śniegu po raz kolejny buty zdały egzamin. Pod koniec kwietnia przeczytacie szczegółową recenzje na stronie 4run.pl oraz na moim blogu. Nierozłącznym towarzyszem Brooks’ów są skarpety Compressport, które dziś przeszły test wchłaniania wody 🙂 Czas i dystans na zawodach z powodzeniem odmierzał Garmin Forerunner 210.

Start

Ustawiłem się dalszej części stawki. Punkt godzina 10.00 ruszyliśmy. Ustawienie się daleko, okazało się w sumie głupim pomysłem. Trasa była wąska. Może inaczej. Trasa była szeroka ale udeptany fragment trasy był wąski. Po bokach śnieg ponad kostki. To spowodowało, że przez pierwsze kilka kilometrów biegliśmy gęsiego. Jeden za drugim. Ten kto wyprzedzał, płacił cenę znacznego wzrostu tętna. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że delikatnie przyspieszając i hasając w śniegu można tak szybko wejść w „czerwona strefę”. Było ciężko. Parę razy ja wyprzedzałem, parę razy mnie wyprzedzali. Około 6-7 km zawodnicy się bardziej rozbiegli i było więcej miejsca.

bieg łosiafot. Piotr Krawczyk

Półmetek
Gdzieś około ósmego kilometra znajdował się punkt odżywczy. Była woda, ciepła herbatka, ciastka, rodzynki oraz morele. Ja zjadłem jedno ciasteczko, wypiłem dwa kubki wody i zaaplikowałem Powerbombę.
Tempo było wolne, tętno wysokie i cały czas masa śniegu. Wszędzie biało. Momentami jednak „puszcza wodę puszczała” i było bardzo mokro. Jeszcze będąc na 14 -15 km myślałem o tym, żeby ostatni kilometr finiszować. Nie miałem sił. Pierwszy raz na zawodach wbiegałem na metę normalnie. Tak jak biegłem. Bez szaleńczego finiszu.
Wbiegłem z czasem około 01:44:50

bieg łosiafot. ekobiegi.pl

Na mecie czekał na mnie bardzo ładny medal oraz kochana niebiegająca (na razie) małżonka oraz synek. Padłem, po chwili powstałem i zjadłem bardzo dobre spaghetti w sosie bolońskim.

Świetne zawody i świetna organizacja. Wszystko ach i och. I to wszystko za 30 zł opłaty startowej. Cud, miód, orzeszki. Ja akurat należałem do tych szczęśliwców, którzy wygrali w konkursie Sport Guru i pakiet miałem za free (dzięki tym, którzy na mnie wtedy zagłosowali 🙂 )

Mój prawie 3 letni synek także pozytywnie ocenia zawody. Co prawda łosia nie spotkał ale za to odwiedził stadninę koni. Dostał także swój pierwszy medal. Będzie z niego biegacz 🙂

zdjęcie(2)fot. małżonka. Dwa Łosie 🙂 Synek na zdjęciu nie płacze tylko się szczerzy do zdjęcia 🙂

Co ma Bieg Łosia do Chudego Wawrzyńca?

Sporo. Na tych zawodach uświadomiłem sobie parę ważnych rzeczy. Muszę jeszcze więcej biegać w terenie. Bardzo ważne jest wzmocnienie mięśni brzucha i pleców. Ogólnie ćwiczenia ogólnorozwojowe. Tak, aby podczas trudnego biegu nie mieć kłopotów z utrzymaniem odpowiedniej sylwetki. Ważna jest praca całego ciała i odpowiednia ekonomika biegu. Muszę popracować nad techniką pokonywania podbiegów. Nie mogę tracić tyle sił na tych fragmentach trasy. Tutaj było dużo śniegu i trzeba było wysoko unosić nogi, ale na „Chudym” może być np. błotniście i ślisko. Buty w śniegu prawie całkowicie przemokły. Muszę pamiętać i koniecznie zabrać zapasowe skarpetki. Ich przebranie na trasie może być (będzie) konieczne. Powinienem także pamiętać o tętnie. Lepiej biec wolniej, niż za szybko. I stara ale bardzo ważna zasada. Na początku biec powoli i trzymać się grupy. Nie wyrywać się do przodu bo to nie ma sensu. Tutaj nie biegnie się na czas.
Kolejnym etapem przygotowań do zawodów będzie majowy bieg na 10 km – Bieg Szczęścia.
Acha. Mój oficjalny czas to: 01:45:25. Byłem 119 na 217 zawodników na mecie. Warto zaznaczyć, że zawody wygrał człowiek (chyba) nie z tej ziemi z czasem 01:13:24 !! Kosmos totalny!!!