Strona główna > Zawody > XXIV Bieg Niepodległości w Warszawie 2012 – relacja

XXIV Bieg Niepodległości w Warszawie 2012 – relacja

Stało się.  Dziś nadszedł ten dzień, o którym myślałem już od jakiegoś czasu. Po 15 startach w zawodach w których poprawiałem swoje wyniki na poszczególnych dystansach przyszedł ten dzień. Dzień bez życiówki. Dziś pobiegłem powyżej 46:00 minut. Zasadniczo to ostatni start na 10 km w tym sezonie. Powinien być szczyt formy. Nie było. Od półtora tygodnia chodzę z przeziębieniem  W tygodniu zrobiłem tylko jeden trening. To za mało aby pobiec poniżej 46 minut.

Medale

Dużym sukcesem jest sam udział w zawodach. Pakiety startowe rozeszły się po dwóch dniach. 8 500 zawodników to jest coś. To kolejny przykład, że bieganie w Polsce jest coraz bardziej popularne. Ludzi którzy nigdy nie biegali, zaczynają się ruszać. To fajne🙂

Dzisiejszy bieg jest szczególny. Jest Biegiem Niepodległości. My świętowaliśmy biegnąc. Inni, jak się potem okazało, jednak świętowali w marszach  nie do końca pokojowych – tak jak w zeszłym roku.

Przed startem ustawiłem się w okolicach tabliczki 45:00. Miałem nadzieje, że szczyt formy jest na tyle mocny, że dam sobie radę z choroba. Bartek zrobił życiówkę bez treningów, to dlaczego ja nie mam. Ustawiłem testowany przy okazji, dzięki uprzejmości Decathlon, zegarek W KALENJI 500 SD na „wyścig”, definiując dystans 10 km i czas 46:00. Od tego momentu „duszek” miał mi pokazywać czy jest dobrze czy źle.
Po odśpiewaniu hymnu o godzinie 11.11,  8,5 tysiąca biegaczy wystartowało. Czerwone koszulki po lewej, białe po prawej. Tak powstała flaga narodowa.

fot. http://www.maratonczyk.pl

Do 3 km szło/biegło całkiem dobrze. W okolicach 4:30 co dawało nadzieje. Niestety siły szybko się skończyły. Po 3 km zobaczyłem, że Kalenji jest źle skalibrowany ponieważ pokazywał dystans z błędem rzędu około 150 metrów. To już sporo. Jakiś kilometr przed nawrotem (który jest na piątym km) po przeciwnej stronie ulicy zobaczyłem samotnie biegającego Mariusza Giżyńskiego – który jak się potem okazało oczywiście zwyciężył. Zobaczyłem go mniej więcej w tym samym miejscu co rok temu. Krzyknąłem: „dawaj Mariusz dawaj !!!!”, Nie wiem czy słyszał, ale wiem, że w zeszłym roku pisał, że takie okrzyki były dla niego bardzo pomocne i miłe🙂
Fajnie, że tacy zawodnicy biorą udział w zawodach takich jak ten bieg. Przed startem widziałem także nasza maratonkę Iwonę Lewandowską – co prawda była w cywilu (nie biegła dziś a i nie była w mundurze wojskowym). Iwona w ostatnim maratonie z czasem 2:28:32 udowodniła PKOl, że miejsce na igrzyskach olimpijskich w Londynie jej się należało.

Do 8 km biegłem spokojnie. Zakładałem, że jeśli będą siły to pod koniec przyspieszę  Udało się delikatnie. Zegarek pokazywał, że jestem przed „duszkiem” – oczywiście była to bzdura. Co ciekawe na jakieś pól kilometra przed metą zegarek oznajmił, że przebiegiem 10 km i że jestem „win”. Od tego momentu przestał pokazywać czas. Nie dało się (albo ja nie umiałem) zobaczyć dalej odmierzanego czasu. I tak wbiegałem na metę z nieznanym mi czasem🙂

Jak się potem okazało było to 00:47:17. Tak wyszło. Odebrałem bardzo ładny medal. Na zdjęciu wygląda pięknie. W rzeczywistości delikatnie gorzej. Organizator miał świetny pomysł na medal. Wykonanie lekko nie wyszło. Ale i tak jest to jeden w ładniejszych medali w mojej kolekcji.

Mój medal🙂

Napiłem się niebieskiego powera i udałem się w stronę zaparkowanego auta. Szybko, aby zdarzyć przed marszami „pokojowymi”…

Co teraz? Teraz odpoczynek. Cały czas jeszcze rozmyślałem nad toruńskim półmaratonem Mikołajów w grudniu. Decyzje chyba podejmę w ostatniej chwili.

Za kilka dni napisze recenzje miCoach’a. Z nim się szykowałem do tych zawodów. Trudno mi ocenić jakość przygotowania, ponieważ odpuściłem wiele treningów ze swojej, chorobowej winy. Ale i tak aplikacje ocenami pozytywnie. Chodź z drugiej strony podbiegając na wiadukt pod Alejami Jerozolimskimi pomyślałem, jakie cholernie ważne były wtorkowe podbiegi trenowane na Górce Szczęśliwickiej wg planu Wojtka Staszewskiego.

No nic, teraz czas na podsumowanie sezonu….

Pozdrowienia dla wszystkich biegaczy. Dla tych którzy zrobili życiówki i dla tych, którzy tak jak ja, jej nie zrobili🙂

  1. Listopad 11, 2012 o 10:56 pm

    Nie ma co się tak dołować – choroba to nie pryszcz, nie da się z nią życiówek robić🙂 Ja myślałem że też nei dam rady ale jednak o te 19 sekund ale jednak się udało poprawić. Musimy się z tym pogodzić że nie da się w nieskończoność poprawiać.. ale walczyć i tak będziemy, nie?🙂
    Jak wyzdrowiejesz to na pewno poprawisz ten wynik! A na ten półmaraton mikołajów to mnie też ciągnie… zobaczę – może się spotkamy?

  2. Listopad 12, 2012 o 10:45 am

    Też jakiś czas temu zaliczyłem pierwszy bieg kiedy nie poprawiłem życiówki… wręcz miałem gorszy wynik niż w listopadzie 2011 roku… ale nie ma się czym martwić – brak życiówki bardziej motywuje do kolejnych treningów i do większego dania sobie w kość🙂 47:17 po chorobie to i tak niezly wynik!

  3. Ava
    Listopad 12, 2012 o 4:22 pm

    Dokładnie, nie ma co marudzić po chorobie w takim tempie to i tak nieźle pognałeś. Co ciekawe mi też do 3-go jakoś szło a potem rozpacz🙂 A co do pulsometru, to rozumiem że nie polecasz😉

  4. Listopad 12, 2012 o 5:29 pm

    @Leszek – na pewno będziemy dalej walczyć o życiówki. 100%🙂 ale Ciebie dogonić będzie cieżko…

    Co do Mikołajów to trwają negocjacje z moja lepsza połowa. Myśle, ze uda mi sie przekonać małżonkę, że pokaz cyrkowy, który będzie na miejscu jest fajna opcja dla małego.

    @Przemek – dzięki🙂

    @Ava – „urządzenie” Kalenji delikatnie mówiąc nie przypadło mi do gustu. Jutro w moje ręce trafi Forerunner 610
    Także będę się czuł jakbym sie przesialł z malucha do nowego mercedesa.

  5. Listopad 13, 2012 o 2:34 pm

    No to ja też spróbuję na ten Bieg Mikołajkowy przekonać żonkę ale u mnie będzie trudniej bo stać na mrozie z dwoma małymi dziewczynkami może być niezbyt wykonalne (bo jak zachoruje choć jedna to problemów potem dużo żeby obie wyzdrowiały a nie zarażały się nawzajem🙂

  6. Listopad 13, 2012 o 7:51 pm

    Ja z powodu przeziębienia odpadłem. A brak życiówki musi kiedyś przyjść, może szkoda, że akurat na koniec sezonu – teraz pewnie kilka miesięcy czekania na dogodne warunki.

  1. Listopad 18, 2012 o 10:08 am

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: